• Wpisów:1072
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 16:47
  • Licznik odwiedzin:74 235 / 2895 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Szybki post o zużyciach w ramach podsumowania czerwca.
Hehe, niech Was nie zwiedzie ilość. Czyściłam magazyny...
co my tu mamy
- szampon Joanna Rzepa - znany, lubiany, moja miłość
- odżywka ekspresowa Gliss Kur Ultimate Repair [tu recenzja]
- krem do rąk Flos Lek, wersja nawilżająco-kojąca z jedwabiem i lilią wodną [tu o nim pisałam]
- delikatny peeling Ives Rocher z linii Sebospecific, o którym też wspominałam w tej notce
- Ziaja, Bloker, antyperspirant - znalazł się w denku, bo skończył mu się termin, ale pewnie jeszcze go kupię, bo był skuteczny i pozostawił pozytywne wspomnienie
- maseczka The Face Shop Black Head Ex - jej też już minął termin, całe szczęście niewiele jej zostało
- lakier Joanna, Styling Line - kupiłam go do modelowania niesfornej grzywki, okazał się totalną porażką; sklejał włosy, lepił się w dotyku i niezbyt dobrze utrwalał. Odstał swoje na półce [całe szczęście to tylko miniatura], teraz poleciał do koza.
- karminowa maseczka Dermika, Lets Dance, którą też już znacie z bloga
- odżywka do paznokci Herba Studio 2x5 - używałam jej kiedyś namiętnie, ale z efektów byłam średnio zadowolona, dodatkowo nie przepadam za preparatami, podczas stosowania których nie można nalować płytki
- baza Kobo - służyła mi dzielnie przez długi czas, aż w końcu wyschła i przekroczyła termin
- Carmex - póki co mój ulubieniec do pielęgnacji ust
- oraz Eyeliner Wibo
- w tle jeszcze próbka podkładu Lancome Tient Idole Ultra - [pomijając totalnie nietrafiony kolor 03 Beig Diaphane, bo chyba tak ciemna nie bywam nawet po urlopie w Afryce] gdyby nie fakt, że używam tylko bb creamów, to bym go pewnie kupiła, bo pozostawił po sobie bardzo miłe wrażenie - nawilżający, aksamitny, cudownie wygładzający.
  • awatar Haniutek: Bardzo lubię kosmetyki z marki Soraya, a seria Świat Natury z naturalnymi olejkami jest wręcz niesamowita. Też mam ten peeling i wcale o nim nie zapominam :) przyjaźnimy się i często mamy kontakt :) A tak zupełnie poważnie to używam go regularnie. Zawarte w nim drobinki nie podrażniają skóry, wygładzają idealnie i pozostawiają taka jakby młodszą i świeższa. Sam kosmetyk ma na tyle zwartą konsystencje, że nie ucieka z ciała i mało tego że robi fajny peeling to też i masaż :)
  • awatar Dark Beauty: @allusione: Polecam, tani i skuteczny :) @don't hide your feelings: Fajne kosmetyki za niewielkie pieniądze :)
  • awatar Gość: bloker i carmex też mam i jestem zadowolona :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Kolejny miesiąc za nami.
Obiecywałam, że nie poszaleję z zakupami...
I w sumie... no prawie... bo ten, tego... no... okazja była
Zaczynamy od lewej:
- Skinfood Blanc Pearl Caviar - zestaw trzech miniatur; zainteresował mnie już dawno i nie mogłam sobie odmówić dorzucenia go do koszyka, akurat trafiłam na promocję, kosztował tylko 3$ [zamiast 10...]
- SecretKey Snow White Milky Pack to właściwie zakup jeszcze z zeszłego miesiąca, tylko na sesję się nie załapał [zaledwie 20ml ]
- Hanskin Super 3 Solution i A'pieu Flawless Cover - miniaturka i odlewka, też z maja
- HadaLabo Super Hialuronic Acid Lotion - produkt, który cieszy się pozytywną sławą wśród użytkowników i jeden z najlepiej sprzedających się kosmetyków tej marki [średni czas zakupu - co 4 sekundy]; długo się opierałam, ale w końcu padło na mnie i kupiłam na spółkę z koleżankami
- szampon Shauma - wariant z 7 ziołami; niezbędnik, bo akurat skończyła się kolejna butla Joanny
- gratis do szamponu dostałam puder strukturyzujący czy jak mu tam
- zapas miceli z BeBeauty - wiadomo, potem nie będzie
- oraz upragniony piaskowy lakier Golden Rose
 

 
Dawno, dawno temu... wybuchł szał na kosmetyki marki OS. Widać je było praktycznie wszędzie. Nic dziwnego - funkcjonalność i apetyczna gama zapachowa były naprawdę kuszące.
Osobiście natomiast [jak w wielu przypadkach] postanowiłam iść pod prąd, zaparłam się i postanowiłam, że nie kupię
Ale i tak produkty tej marki mnie "dorwały", a to za sprawą jednego ze spotkań blogerek.
Ciekawe jesteście, jakie pozostawiły wrażenie?
Zapraszam zatem na recenzję płynu do kąpieli Mango and Macadamia...
*Opis producenta*:

Z tym kremowym niewiniątkiem bywają problemy. Możesz chcieć go pochłonąć. Mocno soczyste mango i makadamia wiedzą co mają robić i są w tym świetne. Czas spędzony pod prysznicem to radość porównywalna do trzeciej dokładki deseru … bez wyrzutów sumienia.
Mango i orzechy makadamia w postaci płynu do kąpieli to jedno z naszych ostatecznych rozwiązań w walce z rutyną. Owy tropikalny duet możesz kojarzyć spod prysznica, ale uwierz nam - to co potrafi w wannie, jest materiałem na osobny rozdział naszej historii.


Pierwsze skojarzenie związane z opakowaniem - butelka na mleko Stara, poczciwa butelka na mleko z czasów PRL'u [pamięta ktoś jeszcze?], tylko mniejsza. No ale ta nie jest szklana. W sumie dobrze, bo byłoby niemiło, gdyby wyśliznęła się z mokrych dłoni i potłukła pod czas kąpieli. Tylko zamknięcie się nie zgadza, bo zamiast kapsla z folii aluminiowej mamy czarną nakrętkę.
W środku najdziemy pastelowy, jasnobrzoskwiniowy gęsty płyn o dość przyjemnym, łagodnym zapachu mango. Nie jest to czyste mango, raczej złamane... mlekiem?
Próżno jednak szukać nasyconego aromatu podczas kąpieli. Woń z czasem blednie, rozmywa się i szybko traci na intensywności.
Kosmetyku używałam zgodnie z przeznaczeniem, czyli w roli płynu do kąpieli. Tworzy trwałą, kremową pianę, która towarzyszyć nam będzie praktycznie do końca wylegiwania się w wannie, co u mnie przeciętnie trwa godzinę .
O wydajności się nie wypowiadam, bo zwykle korzystam na bogato, prawdopodobnie zużywając płyn w nadmiarze.
Nie zauważyłam, aby wysuszał czy w jakikolwiek inny sposób pogarszał stan skóry, ale nie ma też właściwości pielęgnujących.
Tak naprawdę płyn zrobił na mnie bardzo średnie wrażenie.
Jak to zwykłam mówić: szału ni ma, pupy nie urywa
I jeszcze kolejna kwestia - od innych producentów w tej cenie można kupić dwa razy większą pojemność.

Cena: ok 9 zł / 500 ml
  • awatar Dark Beauty: @migus: Mnie kusi obecnie wersja z ananasem :)
  • awatar migus: Chyba na to mango bym się skusiła. Miałam żele pod prysznic i miały całkiem zaskakujący zapach. Podoba mi se opakowanie i szata graficzna.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Jakiś czas temu, w cyklu "Warte Uwagi" wspominałam o produktach z czarnej serii Gliss Kur'a. Spodobały mi się wtedy fajne, treściwe składy i obecność tak bardzo potrzebnej włosom keratyny. Oczywiście zapragnęłam przetestować te kosmetyki Tak się stało, że chwilę później, za sprawą "tajemniczej" Kasi w moje łapki wpadł spray Ultimate Repair i dziś parę słów o nim.
*Opis producenta

Produkt przeznaczony do włosów bardzo zniszczonych i suchych. Ekspresowa odżywka regeneracyjna ULTIMATE REPAIR zawiera potrójny kompleks płynnej keratyny, ułatwia rozczesywanie i regeneruje nawetnawet najbardziej zniszczone włosy. Aż do 95% mniej złamanych włosów. Preparat należy rozpylić na włosach na całej długości. Nie wymaga spłukiwania.


Opakowanie - typowe dla tego typu produktów Gliss Kur'a - niewymyślna, wysoka buteleczka z przezroczystego plastiku oklejona etykietą. Lekka i poręczna. Posiada wieczko-nakładkę, które ochrania rozpylacz. Sam atomizer rozpyla delikatną, mocno rozproszoną mgiełkę. To lubię Owo rozproszenie natomiast bezpośrednio wpływa na wydajność produktu, albowiem nie zużywamy dzięki temu zbyt dużo kosmetyku, a mgiełka dociera do każdego włosa Użyłam jej chyba... nieskończoną ilość razy, zanim dotarłam do dna .

Odżywka ma postać dwufazową, dlatego przed użyciem należy energicznie wstrząsnąć butelką. Fazy łączą się, tworząc mleczną całość. Podczas nanoszenia jej na włosy, czuć charakterystyczny słodko-pudrowy zapach, trochę orientalny, trochę piernikowy. Osobliwy, może się podobać, choć jak dla mnie zbyt ciężki i duszący. Przez pewien czas od aplikacji utrzymuje się on na włosach, ale nie daje już tak po nosie


O samym działaniu odżywki natomiast mogę powiedzieć, że bardzo mi się spodobało.
Włosy dużo łatwiej rozczesać, grzebień sunie praktycznie bez oporów od nasady po końce.
Zyskują one na wygładzeniu, są bardzo przyjemne w dotyku i pięknie błyszczą, chociaż trzeba uważać z ilością, aby nie przytłumić ich blasku nadmiarem odżywki. Są również jędrne, elastyczne i mniej podatne na uszkodzenia. Moim zdaniem mgiełka mogłaby nieco lepiej je wygładzać. Nie zauważyłam obciążenia, acz moje włosy z natury ciężko obciążyć czymkolwiek. Nie zauważyłam też, aby przyspieszała przetłuszczanie, a nakładałam ją na całe włosy, również przy nasadzie.

Lubię odżywki bez spłukiwania, to oszczędność czasu [i wody]. Dodatkowo keratyna, aby móc trwale wspomóc odbudowę włosa, powinna pozostać na jego powierzchni, toteż jej dodatek w tradycyjnych odżywkach nie jest w stanie tak dobrze działać, jak w mgiełkach typu b.s.
Podoba mi się jej nasycony proteinami skład, silikony także mi się podobają z uwagi na ich działanie ochronne - przeciw uszkodzeniom i innym czynnikom zewnętrznym.


*Skład: * Aqua, Cyclomethicone, Phenyl Trimethicone, Laurdimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Protein, Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Keratin, Panthenol, Dimethiconol, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Lactic Acid, Polyquaternium-16, Parfum, Cetrimonium Chloride, Sodium Benzoate, Phenoxyethanol, Sodium Sulfate, Hexyl Cinnamal, Linalool, Limonene, CI 19140, CI 17200

Cena: ok 15 zł / 200 ml
  • awatar Gość: uwielbiam tą odżywkę ;) mam długie włosy, które po umyciu ciężko rozczesać - a ta odżywka daje rade ;)
  • awatar Midnight Rose: Lubię te odżywki :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Markę Schauma omijałam szerokim łukiem od kiedy tylko zaczęłam interesować się składami.
A one praktycznie wyglądały identycznie - ten sam bezwartościowy odżywczo początek [jedynie substancje myjące], a to co dla włosów przydatne gdzieś smętnie się pałętało przy końcu składu. Czyli bez korzyści dla włosów, bez szans na efektywne działanie.

Jednakże ostatnia, cosobotnia wizyta w supermarkecie zaowocowała ciekawym odkryciem
Na początek - moje oko przykuła "tropikalna wyspa" [co prawda tylko z plastiku, ale zawsze to miła odmiana], gdzie pod "palmami" uwijały się sympatyczne Panie Hostessy. Wokół stało mnóstwo regałów z kolorowymi kosmetykami do pielęgnacji włosów - wszystko ze stajni Schwarzkopf.

A jako że właśnie kończył mi się szampon, więc na pałę wzięłam pierwszą z brzegu flaszkę i oczywiście od razu zaczęłam od studiowania składu. Myślałam, że tylko się skrzywię i odstawię butelkę na półkę, a tymczasem... doznałam SZOKU.
Jedno opakowanie, potem drugie... wędrowałam od półki do półki i coraz szerzej otwierałam oczy ze zdziwienia . Pierwszy egzemplarz nie był wyjątkiem. Kolejne również miały całkiem przyjemne składy [mi SLES akurat nie robi krzywdy, więc i w składzie mi nie przeszkadza ].

Bingo! Wygląda na to, że odkąd świadomość społeczna odnośnie składników wzrasta, kolejne marki/firmy "biorą się za siebie" i odświeżają produkty, podnosząc ich poziom użyteczności [np. dla włosów]. Przy okazji nie widzę drastycznych zmian w cenie, a zatem da się zrobić coś fajnego i niekoniecznie spustoszyć przy tym portfel ri.pinger.pl/pgr12/b64000050003c04351cdfc5c/Shauma1.png
Dla porównania dwa składy szamponu z 7 ziołami:

- stary: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Disodium Cocamphodiacetate, Sodium Chloride, Glycol Distearate, Citric Acid, Sodium Benzoate, Laureth-4, PEG-7 Glyceryl Cocoate Parfum, Salicylic Acid, Cocamidopropoyl Betaine, Niacinamide, Panthenol, Hydrogenated Castor Oil, Polyquaternium-10, Linalool, Glycerin, Hexyl Cinnamal, Butylene Glycol, Chamomilla Recutita Flower Extract, Equisetum Arvense Extract, Humulus Lupulus Extract, Melissa Officinalis Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Urtica Dioica Extract, CI 47005, CI 42090

- i nowy: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Panthenol, Hydrolyzed Keratin, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Chamomilla Recutita Flower Extract, Equisetum Arvense Extract, Humulus Lupulus Extract, Melissa Officinalis Leaf Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Urtica Dioica Extract, Disodium Cocamphodiacetate, Glycol Distearate, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Sodium Benzoate, Cocamide MEA, Citric Acid, Laureth - 4, Parfum, Hydrogenated Castor Oil, Peg-40 Hydrogenated Castor Oil, Polyquaternium-10, Linalool, Glycerin, hexyl Cinnamal, Propylene Glycol, Butylene Glycol, benzyl alcohol, CI 47005, CI 42090
  • awatar Angeliq: ja ostatnio jestem zachwycona tym pierwszym :)
  • awatar Gość: mój ulubieniec ten ostatni ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nadal paszczowo będzie.
Paszczowo-żurawinowo-dyskotekowo

Opis producenta:

Należy Ci się fajny prezent i totalna przyjemność? Sięgnij po karminową maseczkę i zanurz się w soczystym koktajlu pełnym dobroczynnych składników, który głęboko nawilży, wygładzi i odświeży Twoją cerę. Zadziwisz wszystkich przyjaciół, kiedy w rytmie disco świętować będziecie kolejny sukces.
Czarująca...

Nałóż cienką warstwę maseczki na skórę twarzy, omijając okolice oczu. Pozostaw na 15–20 minut, a następnie wmasuj pozostałość w skórę. Efekt znakomity!
Opakowanie maseczki to standardowa "jednorazówka". Jednak wewnątrz znajdziemy ilość na kilka aplikacji. Sam producent pisze o nałożeniu cienkiej warstwy, zatem wydajność jednej porcji jest spora.
Maseczka ma postać jasnobrązowego żelu o konsystencji keczupu i właściwie mocno go przypomina, a w zasadzie jego mniej apetyczną, bledszą wersję.
Zapach niby miły, ma przypominać żurawinę, ale jest zbyt słodki i chemiczny. Długo utrzymuje się na skórze, jeśli pozostawimy maseczkę [ale o tym za chwilę].
Natomiast działanie... jest żadne. Po nałożeniu maseczki zgodnie z instrukcją nienaturalnie zmienia się koloryt skóry, gdyż kosmetyk barwi ją i pozostawia smugi. Na zdjęciu po prawej nałożyłam warstwy i różnej grubości i widać wyraźnie, że nawet te cienkie wpływają na barwę naskórka.
Zasycha dość szybko, więc nie wiem, co mogłabym wsmarować w skórę po upływie tych 10-ciu minut. Skorupkę, która zostaje na twarzy? Ale oczywiście podjęłam próbę, żeby nie było . I wszystko się zwałkowało.
Nie wyobrażam sobie stosowania tej maseczki przed wyjściem na imprezę [czy gdziekolwiek], jak wspomniano w opisie. Na to coś nie da się nałożyć jakiegokolwiek makijażu [wałkowanie], bez zmycia ani rusz z uwagi na nieestetyczne plamy.
Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i dać produktowi kolejną szansę. Tym razem zmyłam całość po zastosowaniu. Maseczka łatwo zeszła podczas spłukiwania wodą, ale cóż z tego, skoro efektów jak nie było tak nie ma. Zero nawilżenia, zero blasku i odświeżenia, o wygładzeniu nie wspominając. Totalne nic. Używanie tego kosmetyku to zwykła strata czasu i pieniędzy.

Skład: Aqua, Vaccinium Macrocarpon Extract, Glycerin, Propylene Glycol, Polyacrylamide, C13-14 Isoparaffin, Laureth-7, Calcium Carbonate, Carrageenan, Tocopheryl acetate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, CI 12085, Parfum

Cena: ok 4,50 zł / 10ml
  • awatar Crazy Girl: Miałam kiedyś inną wersję tej 'dyskotekowej' maseczki i z tego co pamiętam, też nie było żadnych efektów. A dopiero teraz, gdy bardziej świadomie wybieram kosmetyki, widzę jaki to to ma nieciekawy skład - glikol propylenowy, parabeny, parafina.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Skoro już jestem przy pielęgnacji twarzy i na blogu zrobiło się "paszczowo", postanowiłam zrecenzować coś z tej kategorii

Do prezentacji dziś staje peeling oczyszczający, a właściwie żel z dodatkiem peelingującego pyłku od Yves Rocher.


*Opis producenta

Żel z mikro-cząsteczkami, który usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, oczyszcza pory i daje uczucie świeżości.

Opakowanie o ciekawym kształcie, przywodzi na myśl wyposażenie laboratorium chemicznego
Butelka wykonana jest z zielonego, nieco twardego plastiku i posiada małą zakrętkę, co wydaje mi się niezbyt poręcznym rozwiązaniem, zwłaszcza, gdy używamy wilgotnych dłoni.
Wewnątrz kryje się kosmetyk o galaretkowatej strukturze i zielonkawym kolorze. Konsystencja jednak jest na tyle płynna, że pod koniec nie ma problemu z wydobyciem. W żelu zatopione są peelingujące drobinki, ale niestety nie spełniają one swojej roli. Są tak małe i delikatne, że nawet duża porcja produktu nie wygładza skóry. Potrzebny jest mocniejszy zdzierak.
Zapach jest delikatny i świeży, ogórkowo-melonowy z cytrynową nutą, podczas mycia słabo wyczuwalny.


Żel podczas mycia słabo się pieni, raczej emulguje i pozostawia na skórze biały woal. Dopiero przy spłukiwaniu, kiedy dodamy trochę więcej wody, pojawiają się bańki piany. Pozostawia skórę dobrze oczyszczoną, odświeżoną, chociaż czasem czuję, że czegoś mu brakuje. Ciężko mi ocenić jego działanie sebostatyczne. Nie zauważyłam, aby wysuszał cerę [ale moja jest tłusta/mieszana]. Brak innych, nieprzyjemnych skutków ubocznych typu podrażnienie czy reakcje alergiczne.


Ogólnie rzecz biorąc - fajny produkt, lecz bez szału. Nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle innych żeli myjących, a dodatkowo nie sprawdza się jako codzienny peeling.

Cena: 29,90 zł / 150 ml
  • awatar anomalja: Mam takie same odczucia, fajny żel do mycia twarzy ale bez szału.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
ałkiem niedawno przedstawiałam na blogu program pielęgnacji i zasadniczo się on jeszcze nie zmienił, ale postanowiłam wprowadzić do niego pewne modyfikacje. A właściwie to jedną

Dzisiejsze "myszkowanie" w lodówce przypomniało mi o próbce kremu marki Handmade Cosmetics, którą dostałam na ostatnim spotkaniu blogerek. Krem jest ważny zaledwie 2 czy 3 miesiące od daty wykonania, a szkoda byłoby, żeby się zmarnował. Trochę obawiam się znowu o obecność masła shea w składzie, ostatnio ślimaczek naprawił moją cerę, ale cóż... zobaczymy jak będzie tym razem.
Krem planuję używać w wieczornej pielęgnacji - zamiast ślimakowego żelu lub na niego, gdyż ten wnika w skórę błyskawicznie albo nawet szybciej
Skład obiecujący - ciekawe, jak się spisze...
 

 
Bez bazy ani rusz - tak w skrócie można określić moje powieki. Cokolwiek na nie nałożę po pewnym czasie z nich spłynie, zbije się w grudki i zbierze w załamaniu. Pzadko który cień pozostaje w znośnym stanie po kilku godzinach od wykonania makijażu, a kredki do oczu lubią "kserować" się powyżej załamania.
Dlatego absolutnie niezbędna jest baza pod cienie.

Po przygodzie z bazą Virtual postanowiłam sięgnąć po coś ciut droższego i łatwiejszego w obsłudze, gdyż produkt Yoko okazał się twardy i nieco toporny w nakładaniu. Z uwagi na łaty dostęp i przystępną cenę zwróciłam uwagę na kosmetyk marki Kobo.

*Opis producenta

Wygładzająca i utrwalająca baza pod cienie MONO EYE SHADOW i PURE PEARL PIGMENT. Poprawia intensywność koloru i ułatwia aplikację.
Jak już wspomniałam wyżej - bazę kupić dość łatwo, gdyż praktycznie w każdej Drogerii Natura znajdziemy szafę tej marki. Niezbyt wygórowana cena za kosmetyk o bardzo dobrej wydajności, to jej kolejny atut.

Opakowanie to niewielki, czarny słoiczek z nakrętką, łudząco podobny do podobnego produktu marki Art Deco. Zgrabne i poręczne, jednak nie pozbawione minusów. Przede wszystkim wieczko, które dość trudno zakręcić, bo nie chce odpowiednio zaskoczyć gwinty. Bazę nabieramy [zazwyczaj] przy użyciu palca, zatem po pierwsze higiena, po drugie - wchodzenie bazy pod paznokcie, kiedy zagłębienie w niej znacznie się powiększy. Aczkolwiek z tym można powalczyć, np. wydobywając zawartość szpatułką. Napisy z czasem nieco się ścierają.

Wewnątrz czarnego słoiczka znajdziemy różowo-cielistą zwartą masę. Jej konsystencja - bajecznie miękka w porównaniu z bazą Virtual . Jest jak aksamitne masełko. Wystarczy dotknąć i delikatnie prześliznąć opuszkiem po powierzchni, aby nabrać odpowiednią ilość produktu. Nałożenie go na powieki też nie sprawia problemu. Nie trzeba trzeć ani intensywnie wklepywać, chociaż bywają kłopoty z równomiernym nałożeniem warstwy. Nie jest to jednak nic bardzo uciążliwego i łatwo zniwelować ten efekt.

Cienie na bazie trzymają się bardzo dobrze. Mój makijaż bezproblemowo wytrzymywał od kilku do kilkunastu godzin, w różnych warunkach atmosferycznych, od chłodu aż po upały. Nie pamiętam niestety na ile baza podbijała kolor cieni [a teraz już nie sprawdzę, bo nie nadaje się do użytku, stąd i foto zaciągnięte z sieci ].
Służyła mi długo, jest bardzo wydajna, posiada długi termin ważności. Niestety po pewnym czasie zaczyna podsychać, a wraz z utratą wilgoci kurczy się i odstaje od opakowania, tworząc ruchomą "skorupkę". Nadal nadaje się do używania [środek], ale staje się też coraz twardsza [brzegi].

Generalnie, mimo minusów, jestem zadowolona z tego produktu. Cena, dostępność, komfort używania i wywiązywanie się z zadania sprawiają, że uważam ją za dobry wybór.
Na chwilę obecną nieco kusi mnie wspomniana Art Deco [w opinii wielu osób dużo lepsza], jeśli jednak macie ograniczony budżet, warto sięgnąć po Kobo.

Cena: 16,99 zł / 6g
  • awatar bravelittleangel: Na moich powiekach z cieniami średnio :P Ostatnio zaczęłam stosować pod cienie Avonu podkład również z Avonu i jakoś poprawiła się im pigmentacja (wcześniej prawie nie było ich widać na powiece) i troszkę dłużej się trzymają :)
  • awatar Dark Beauty: @supermalwina23: Też lubię :) acz znalazłam już dla niej jeszcze fajniejszego następcę :) @NatuŚśśś: Super! ogromnie się cieszę, że się sprawdził :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Od zawsze zimową porą mam problem z ustami. Ani kremy, ani miód, ani olejki [np. kokos] ani pomadki ochronne nie są w stanie zapobiec pierzchnięciu, wysychaniu i pojawieniu suchych skórek. Swego czasu w miarę dobrze działał duet: pomadka Yes to Carrots + płynny błyszczyk Joanna [chociaż swoją drogą straszny klajster z niego był], ale potem zgubiłam i jedno i drugie, więc problem powrócił.

Na przekór zachwytom, bardzo długo opierałam się zakupowi tego kosmetyku, ale w końcu uległam dobrym radom i postanowiłam spróbować.
Opis producenta:

Cierpiący z powodu spierzchniętych, popękanych ust Alfred Woelbing wynalazł w USA we wczesnych latach 30-tych dwudziestego wieku balsam do ust Carmex. Rodzina Woelbing do dziś prowadzi firmęm a Carmex stał się jednym z najbardziej cenionych na świecie balsamów do ust.

Unikalna receptura balsamu Carmex zawiera specjalne składniki, które powodują klasyczne uczucie mrowienia dające znać, że Carmex działa skutecznie, kojąc, nawilżając i chroniąc spierzchnięte, popękane usta.
Wypróbuj go i przekonaj się, dlaczego jet on ulubionym balsamem gwiazd z Hollywood oraz specjalistów od makijażu na całym świecie.

Wskazówki: Nałożyć obficie tak często, jak jest to konieczne. Nałożyć ponownie po jedzeniu i piciu. Szczególnie wskazane jest użycie przed i po oddziaływaniu słońca, wiatru lub niskich temperatur. W celu odbudowy i utrzymania nawilżenia, należy stosować przed i po nałożeniu pomadki do ust oraz po pływaniu.

Tylko do użytku zewnętrznego. Unikać kontaktu z oczami. Nie stosować u dzieci poniżej 3 roku życia.


Balsam opakowany jest w niewielki, plastikowy słoiczek z metalową nakrętką. Dodatkowo posiada plastikową wytłoczkę, dzięki czemu mamy 100% pewności, że nikt przed nami go nie otwierał. Ma postać zbitej, żółtej, lekko transparentnej masy - jest jak wazelina [i po części nią też właśnie ]. Do naszych nozdrzy trafia przyjemny zapach mieszaniny mentolu, kamfory z nutą wanilii.
Konsystencja, choć zbita, nie sprawia problemów podczas aplikacji, gdyż bardzo szybko mięknie i topi się pod wpływem ciepła skóry. Natomiast kłopotliwe może być samo wydobycie balsamu, bo nie dołączono żadnej szpatułki lub innego akcesorium. Skazane jesteśmy więc [najczęściej] na własne palce, co mocno obniża higienę stosowania. Sama początkowo smarowałam usta bezpośrednio ze słoiczka [wiem, dziwne ], potem przerzuciłam się na szpatułkę, w razie W uciekając się do wydobycia odrobiny balsamu wierzchem paznokcia.
Można uniknąć tych niedogodności - producent wyszedł naprzeciw potrzebom wypuszczając na rynek wersję w tubce. Aczkolwiek czytałam, że nie jest aż tak skuteczna jak słoiczek. Sama nie testowałam, może kiedyś jeszcze się skuszę...
No dobra, dość spraw "technicznych", czas na wrażenia z działania.
Powiem wprost - już w chwilę po pierwszej aplikacji w mojej głowie miałam tylko jedną myśl.
"Czemu ty durna wcześniej go nie kupiłaś ?!?"
Ulga dla moich spierzchniętych warg była natychmiastowa.
Zaraz po aplikacji towarzyszy nam uczucie chłodzenia i charakterystyczne mrowienie. O ile to drugie mija całkiem szybko, to chłód na ustach utrzymuje się dość długo. Z tego względu może nie nadawać się na kurację nocną, bo to trochę przeszkadza zasnąć , chociaż po pewnym czasie można się przyzwyczaić . Odradzam użytkowanie Carmexu także podczas wyjść, gdy na zewnątrz panują niskie temperatury z uwagi na spotęgowany efekt chłodu.

W ciągu trzech dni wyleczyłam się niemal kompletnie z problemu, któremu nie dawały rady inne specyfiki do ust. Suche skórki zniknęły, wargi stały się przyjemnie miękkie i nawilżone. Daje natychmiastowa ulgę, goi pęknięty naskórek [a ten kłopot zimą dość często dręczy moje usta ].
Żeby nie było zbyt słodko - efekty są tylko wtedy, gdy się balsam stosuje. Każdorazowe odstawienie powoduje zanik efektów. Dlatego stosuję go praktycznie przez cały czas jako kurację podtrzymującą. Co wieczór kładę cienką warstwę i czasem sięgam po niego w ciągu dnia. Mimo tego faktu kosmetyk starcza na baaaaaardzo długo, jest niesamowicie wydajny. Do tego ważny jest aż 24 miesiące od otwarcia, zatem mamy dużo czasu na jego zużycie

Skład: Petrolatum, Lanloin, Cetyl esters, Theobroma oil, Cera Alba, Paraffin, Camphor, Menthol, Salicyl Acid, Aroma Vanilin

Cena: ok 9 zł / 7,5g

Cóż mogę powiedzieć dla podsumowania - oczarował mnie
Słyszałam, że lepszy jest Blistex, ale i tak na podorędziu planuję mieć Carmex.
Kuszą wersje tubkowe z uwagi na komfort stosowania, ale trochę boję się niewypału.
A jakie są Wasze doświadczenia? Polecicie coś wartego wypróbowania?
  • awatar Gość: naprawdę genialny produkt. ja mam w tubce i sztyfice. w tubce fakctycznie nie działa już tak dobrze :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Bez bazy ani rusz - tak w skrócie można określić moje powieki. Cokolwiek na nie nałożę po pewnym czasie z nich spłynie, zbije się w grudki i zbierze w załamaniu. Pzadko który cień pozostaje w znośnym stanie po kilku godzinach od wykonania makijażu, a kredki do oczu lubią "kserować" się powyżej załamania.
Dlatego absolutnie niezbędna jest baza pod cienie.

Po przygodzie z bazą Virtual postanowiłam sięgnąć po coś ciut droższego i łatwiejszego w obsłudze, gdyż produkt Yoko okazał się twardy i nieco toporny w nakładaniu. Z uwagi na łaty dostęp i przystępną cenę zwróciłam uwagę na kosmetyk marki Kobo.

*Opis producenta

Wygładzająca i utrwalająca baza pod cienie MONO EYE SHADOW i PURE PEARL PIGMENT. Poprawia intensywność koloru i ułatwia aplikację.
Jak już wspomniałam wyżej - bazę kupić dość łatwo, gdyż praktycznie w każdej Drogerii Natura znajdziemy szafę tej marki. Niezbyt wygórowana cena za kosmetyk o bardzo dobrej wydajności, to jej kolejny atut.

Opakowanie to niewielki, czarny słoiczek z nakrętką, łudząco podobny do podobnego produktu marki Art Deco. Zgrabne i poręczne, jednak nie pozbawione minusów. Przede wszystkim wieczko, które dość trudno zakręcić, bo nie chce odpowiednio zaskoczyć gwinty. Bazę nabieramy [zazwyczaj] przy użyciu palca, zatem po pierwsze higiena, po drugie - wchodzenie bazy pod paznokcie, kiedy zagłębienie w niej znacznie się powiększy. Aczkolwiek z tym można powalczyć, np. wydobywając zawartość szpatułką. Napisy z czasem nieco się ścierają.

Wewnątrz czarnego słoiczka znajdziemy różowo-cielistą zwartą masę. Jej konsystencja - bajecznie miękka w porównaniu z bazą Virtual . Jest jak aksamitne masełko. Wystarczy dotknąć i delikatnie prześliznąć opuszkiem po powierzchni, aby nabrać odpowiednią ilość produktu. Nałożenie go na powieki też nie sprawia problemu. Nie trzeba trzeć ani intensywnie wklepywać, chociaż bywają kłopoty z równomiernym nałożeniem warstwy. Nie jest to jednak nic bardzo uciążliwego i łatwo zniwelować ten efekt.

Cienie na bazie trzymają się bardzo dobrze. Mój makijaż bezproblemowo wytrzymywał od kilku do kilkunastu godzin, w różnych warunkach atmosferycznych, od chłodu aż po upały. Nie pamiętam niestety na ile baza podbijała kolor cieni [a teraz już nie sprawdzę, bo nie nadaje się do użytku, stąd i foto zaciągnięte z sieci ].
Służyła mi długo, jest bardzo wydajna, posiada długi termin ważności. Niestety po pewnym czasie zaczyna podsychać, a wraz z utratą wilgoci kurczy się i odstaje od opakowania, tworząc ruchomą "skorupkę". Nadal nadaje się do używania [środek], ale staje się też coraz twardsza [brzegi].

Generalnie, mimo minusów, jestem zadowolona z tego produktu. Cena, dostępność, komfort używania i wywiązywanie się z zadania sprawiają, że uważam ją za dobry wybór.
Na chwilę obecną nieco kusi mnie wspomniana Art Deco [w opinii wielu osób dużo lepsza], jeśli jednak macie ograniczony budżet, warto sięgnąć po Kobo.

Cena: 16,99 zł / 6g
  • awatar Finezja**: miałam ją jakiś czas temu.na początku byłam nią zachwycona później tak zaczęła wysychać, że nie nadawała się do użytku, przez to już do niej nie powrócę...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Lubię eyelinery w płynie/kałamarzu. Są łatwe w obsłudze i nie wymagają czyszczenia pędzelka Dlatego chętnie sięgam po tego typu kosmetyk i zawsze mam go na podorędziu
Niniejszy produkt wrzuciłam do koszyka przy okazji jakiejś promocji w Rossmannie [akurat poprzedni był na wyczerpaniu] i ostatnimi czasy intensywnie go używałam, czas więc na kilka słów recenzji.
Tradycyjnie zaczynam od opakowania. Zazwyczaj takie eyelinery mają postać mini-kałamarza, tutaj jednak dostajemy smukłą, plastikową fiolkę o bardzo wąskiej podstawie. Bardzo nieporęczne rozwiązanie, bo praktycznie uniemożliwia odstawienie go na półkę podczas wykonywania makijażu. Trzeba się nieźle nagimnastykować, aby ustawić go w pionie. Całe szczęście otwór jest na tyle niewielki, że zawartość nie wycieka z wewnątrz, w razie gdyby doszło do przewrócenia. Innym minusem opakowania są ścierające się napisy - zarówno te nadrukowane na plastiku jak i te na białej naklejce, przez co po pewnym czasie użytkowania nie dowiemy się, jaka jest np. data ważności
Pędzelek ma długą rączkę, jest elastyczny i bardzo wygodny w obsłudze. Można nim dowolnie manewrować i narysować precyzyjną linię, gdyż końcówka jest odpowiednio cienka. Trzeba odrobinę uważać, bo można przypadkowo "ufarbować" sobie rzęsy, ale wprawna ręka poradzi sobie z tym problemem
Sam eyeliner ma formę płynu, jak sama nazwa wskazuje i jest nieco gęstszy od wody. Konsystencja odpowiednia - nie spływa, nie skapuje z pędzelka. Podczas malowania nie zostawia prześwitów, dobrze przystaje do skóry, pozostawiając jednolitą linię. Na powiece zasycha szybko i nie "kseruje" się, nawet przy tłustej powiece. Uważam, że jest całkiem trwały - wytrzymuje od rana do wieczora w stanie prawie nienaruszonym, o ile nie trzemy zbyt mocno powiek
Jego formuła nie jest wodoodporna, jednak zauważyłam, że jest w stanie przetrwać deszcz. Natomiast "chętnie" rozpuszcza się, gdy pojawia się łzawienie.
Kolorystycznie to ładna, porządna, matowa czerń.
Bezproblemowo można pozbyć się go z oka podczas demakijażu. Daje mu radę zwykły micel, mleczko do demakijażu i dwufazy.
Krótko i na temat - naprawdę niezły produkt za przystępną cenę.

Cena: ok 8 zł / 2,5g
  • awatar Rudzielec1984: Polecam eyeliner Wibo Electric Blue!Jest świetny! Zapraszam na mojego bloga: www.makeupeveryday.pl
  • awatar nonunia: fajnie tani !
  • awatar Dark Beauty: @Carpe diem: O, nawet nie wiedziałam, że są inne kolory, rozejrzę się :) @Kleooooo: Zdążyłam go polubić :) @NatuŚśśś: Kosmetyki Wibo i Lovely są naprawdę godne uwagi. Niewielka cena, a jakościowo naprawdę niezłe.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Dawno nie pokazywałam dodatków pozakosmetycznych
Fakt, ostatnio mój zapał do zaopatrywania się w bibeloty nieco ostygł, niemniej jednak w maju w moim zbiorze pojawiły się dwa interesujące obiekty.

Pierwszy z nich to kolczyki - metalowe filigrany ozdobione lawendowymi, drobnymi kryształkami.
A kolejny to niewielka, wizytowa torebeczka o dość ciekawym kształcie [prezent od Rodzicielki z dalekiej podróży ]
  • awatar bravelittleangel: Zgadzam się z moimi poprzedniczkami :)Kolczyki piękne. A torebeczka faktycznie ma jakiś taki niecodzienny kształt. Bardzo kojarzy mi się z Japonią lub Chinami. Taki piękny azjatycki klimat :)
  • awatar Dillerka Czekolady: Kolczyki skradły moje serce :)
  • awatar Monia-chan: kolczyki są przepiekne ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Do tej pory olewałam sprawę.
Lałam na liczniki, cierpliwie znosiłam problemy z dodawaniem postów i odwróconą kolejność komentarzy.

Ale dzisiaj i moja cierpliwość dotarła do granic wytrzymałości.
Brak zdjęć, tylko linki [czy Wy też ich nie widzicie?], odwrócone okno edycji [opcje z dodatkami na dole zamiast nad postem] i licznik, który zamiast liczby dni, jak do tej pory, pokazuje nic nie mówiące, enigmatyczne "3 lata".

No do kurwy nędzy, kto was prosił? Wystarczyło tylko licznik poprawić, a nie uszczęśliwiać wszystkich na siłę reformami...
  • awatar Hermanitas: ja zaprzestaje tu działalności dopoki ten shit sie nie poprawi
  • awatar Żanuś: wczoraj nie moglam dodac zadnego komantarza...a teraz jest po 00;00 i moge wpisac...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Dna sięgnęłam seria regeneracyjna Organic People, która stanowiła sedno mojej pielęgnacji i przyszła pora na zmiany.
Wreszcie przetestuję odżywkę do włosów w piance
Nigdy takowej jeszcze nie stosowałam w swojej pielęgnacji, a formuła ta ciekawiła mnie od samego początku. I nawet nie wiem, jak to się stało, że aż tyle zwlekałam z używaniem jej; wszak w moich zbiorach znajduje się już od dawna.
A zatem rytuał pielęgnacji przedstawia się następująco:
- mycie włosów szamponem Joanna Rzepa
- odżywka w piance Gliss Kur Ultimate Volume
- ekspresowa odżywka regenerująca w sprayu Gliss Kur Ultimate Repair [końcówka]
- na końce jedwab L'Biotica Wax
- a do wcierania w skórę głowy Farmona, Odżywka Normalizująca w sprayu
  • awatar migus: Dużo tego, a na jak długo włosy pozostają świeże?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
I jeszcze jedna kolekcja limitowanych kosmetyków od Essence.
Tribal Summer składać się będzie z:

- kompletu 4 pigmentów
- dwóch pomadek w soczystych barwach
- różu w płynie
- pasiastego brązera
- lakierów do zdobień
- chusteczek matujących
- oraz pierzasto-włochatej ozdoby [inspirowanej skunksem ]
W sumie pupska mi nie urwało
Mogłabym zainteresować się cieniem w kolorze koralu i tym nude. Ostatnio mam również słabość do czerwonych pomadek... Ale ile można ich mieć . Nie macie wrażenia, że ostatnio wszystkie produkty do ust są "longlasting"?
Ciekawi mnie też prawdziwy odcień różu, ale wątpię, abym tym razem się na niego skusiła.
Reszta poza moim zainteresowaniem.

A jakie są Wasze typy? Będziecie na coś polować?
  • awatar Finezja**: mi już od pewnego czasu przejadł się essence, przestałam nawet do natury chodzić bo nic mnie tam już nie ciekawi ... :/
  • awatar Borusiowa: Mi się podobają pomadki :-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wieści z frontu Essence - oczywiście chodzi o nową limitkę.
Lato nadchodzi wielkimi krokami [choć za oknem jakoś tego nie widać ], pora na zimne słodkości, oto Me and My Ice Cream Wieści z frontu Essence - oczywiście chodzi o nową limitkę.
Lato nadchodzi wielkimi krokami [choć za oknem jakoś tego nie widać ], pora na zimne słodkości, oto Me and My Ice Cream
W kolekcji znajdziemy:
- wypiekane cienie
- pastelowe balsamy do ust
- kremowy róż do policzków
- perełki rozświetlające
- pastelowe lakiery do paznokci
- oraz nawilżane chusteczki do rąk i perełkowe naklejki na paznokcie
Lubię pastelowe odcienie, dlatego podoba mi się ta kolekcja.
Jest ciepła i miła dla oka i z chęcią zaopatrzyłabym się w większość produktów. Aczkolwiek zdrowy rozsądek podpowiada mi, że posiadam w swoich zbiorach kosmetyki, które dają podobny efekt.
Podejrzewam, że cienie do oczu będą dawać taki efekt, jak mój nabytek z MarbleMania.
Balsamy do ust kuszą i wyglądają przesłodko, aczkolwiek niezbyt często sięgam właśnie po nie
Róż mnie ciekawi, jednak na zdjęciu wygląda zupełnie na nie mój kolor - ciekawe, jaki będzie w rzeczywistości
Hitem kolekcji pewnie będą perełki [namiastka meteorów? ] i na nie pewnie będę polować
Z lakierów wpadła mi w oko pastelowa brzoskwinia, obawiam się jednak, że mam podobną...
A "bzdecików" nie potrzebuję.

Miło byłoby zobaczyć tę kolekcję w naszych drogeriach. Szczególnie liczę na Naturę, bo wciąż do Hebe mam zbyt daleko.
A jak Wy oceniacie Tę propozycję Essence?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
ora na program pielęgnacji.
Zmian niewiele, praktycznie wcale, bo wciąż mam wszystkie produkty, których używałam poprzednio. A że nie lubię przerywać używania przed dobiciem dna, mamy kontynuację z poprzedniego miesiąca.

Rano:
- oczyszczanie twarzy płynem micelarnym Bielenda
- tonik Nantes [tak, ciągle go "męczę" ]
- Mizon, Snail Repair All in One Cream
- oraz jakiś BB/CC

- myślę również o powrocie do bełtania serum antyoksydacyjnego z witaminą C i kwasem felurowym
Wieczorem:
- oczyszczanie twarzy żelem z peelingiem Ives Rocher, SeboSpecific, Nettoyant Gommant Doux
- tonik Nantes
- serum wybielające wzbogacone ekstraktem z aceroli
- pod oczy Yedam Yun Bit Snail Cream [odlewka w czarnym słoiczku]
- Mizon, Snail Recovery Gel Cream
- Mizon, S-Venom Wrinkle Tox Cream [aplikowany na bruzdy nosowo-wargowe i zmarszczki mimiczne]
 

 
Ostatnio pofolgowałam sobie zakupowo, oj... a nie powinnam, bo już nie mam gdzie tego "dziadostwa" upychać

Zatem wish na czerwiec będzie naprawdę skromny i będę walczyć ze sobą z całych sił... i mimo tego, że szykuje się kolejna rozbiórka ze wspaniałościami z Azji, chcę być twarda a nie mięTka i nic nie wezmę... eee.. chyba.

Jednak...
Do tej pory dzielnie opierałam się trendowi lakierów piaskowych, obojętnie przechodziłam obok kolejnych kolekcji światowych marek. Gdzieś przy okazji swatcha lakieru P2 [o ile dobrze pamiętam] ciut mocniej zabiło mi serce, ale jak zobaczyłam śliwkowy piasek Golden Rose, to popłynęłam totalnie... Zakochałam się z miejsca i już mnie nie puści.

Toteż w tym miesiącu chciejlistę okupują piaskowe lakiery Golden Rose z tym pięknym bakłażanem na czele i ewentualnie wciąż odkładane holoski z Color Club Helo Hues.

Choć prawdę mówiąc chyba nie powinnam kupować lakierów
http://darkbeauty.pinger.pl/m/17415661
 

 
Dzisiejszy post tradycyjnie dedykowany denkowaniu.
W maju z mojej łazienki pozbyłam się:
- żelu pod prysznic Biały Jeleń, wersja z kozim mlekiem [przy sporym współudziale ]
- szamponu i odżywki Organic People o właściwościach regenerujących
- płynu micelarnego BeBeauty [opakowanie poszło do kosza, więc w roli modela wystąpiła świeżo upolowana butla zapasu]
- płynu do kąpieli Original Source, wersja Mango and Macadamia
- kolejnych próbek czyścika dedykowanego do zmywania BB Creamów od Skin79
- oraz tuszu do rzęs Rimmel, który bardzo mi się spodobał

Większość z powyższych kosmetyków była już recenzowana przeze mnie na blogu, zatem jeśli jesteście ciekawe opinii, zapraszam do lektury

Zrobiłam też mały przegląd zapasów i w związku z nim odchudziłam je o:
- odżywkę Lovely, wersja różowa do wcierania w płytkę - rzucona w kąt i zapomniana zdązyła się sporo przeterminować. Jakiś czas temu używałam jej trochę, ale zupełnie nie pamiętam, jak działała. Cóż, będzie powtórka z rozrywki, bo w promocji -40% kupiłam kolejną flaszkę. A że zbiera pozytywne opinie, sporo sobie po niej obiecuję.
- krem na noc Alterra z orchideą - biedaczek nie doczekał się testowania, a stuknął mi termin ważności.
 

 
Ostatni post w zasadzie wpisuje się w trend zakupowy, bo pokazuje, co pojawiło się w moich zbiorach z uwzględnieniem różnych źródeł.

Natomiast gdyby nie ten "zbieg okoliczności" mój post podsumowujący wyglądałby zapewne tak
Zapodziała się jeszcze ampułka VC z It's Skin, którą wrzuciłam do innego pudełka i totalnie o niej zapomniałam .
Płyn micelarny - z tych niezbędnych, bo BeBeauty właśnie mi się skończył, a zapasu niet [to było jeszcze przed zakupami w Ross'ie]. I bardzo chciałam wypróbować czegoś z tej linii
Swatche kolekcji Catrice można było już oglądać na blogu - skusiłam się na puder, róż i rozświetlający cień.
Kwas felurowy wzbogacił moja kolekcję mazideł naturalnych - będę go dodawać do serum C, antyoksydantów nigdy za wiele, zwłaszcza w sezonie ostrego słońca.
Lakier - zachcianka, chociaż spodobał mi się już dawno. Na foto kompletnie nie widać elektryzującego, różowego shimmera . Zakupiony za oszałamiające 4 zł bez grosza.

Ale... jak można było zauważyć, "podstępna" promocja z Rossmanna wdarła się w moje skromne plany zakupowe i wyszło jak zwykle . Ale może chociaż w nadchodzącym miesiącu nie będzie mnie nic kusiło
 

 
Zazwyczaj nie rozdrabniam się z notkami zakupowymi i wszystko pokazuję w formie podsumowania miesiąca w jednym poście. Tym razem też miało tak być. Niestety... wpadłam. Jak śliwka w kompot. Po same uszy. Bez przebaczenia
Myślałam, że się uda.
Albowiem pierwotnie do koszyka trafiły zaledie cztery produkty.
To asortyment, który widzici po lewej stronie.
Piankę zakupiłam skuszona promocją. Moja dotychczasowa, choć jest jej całkiem sporo, ledwo zipie, no ma zepsuty aplikator i wydobycie czegoś z jej wnętrza graniczy z cudem, więc stwierdziłam - co się będę męczyć.
Nowego tuszu i lakierów nie potrzebowałam, ale...żólty zbiega bardzo dobre recenzje i grzechem byłoby nie wziąć za 5 złotych, a jeśli chodzi o lakiery, to takich kolorów nie mam [no prawie ] i kropka.




Ale potem...


I tak okazało się, że prawie nie mam toniku w zapasie, a micel [za 6 zł] choć może nie od razu, ale za jakiś czas będzie potrzebny, więc po co przepłacać [a Biedo już nie będzie ]. Serum z Alterry na pewno się przyda, w końcu z każdym dniem nie młodnieję. Kremu z mocznikiem Isana od dawna szukałam i akurat tego dnia udało mi się wreszcie dostrzec na półce te niepozorne pudełeczka, więc i tak bym go kupiła , natomiast Nivea był w promocji, więc dodatkowo wzięłam [oba kremy nie dla mnie].
Lakiery i odżywka to już nadprogramowe chciejstwo, ale za tą cenę... Później męczyłabym się po nocach i miała koszmary, że taką okazję przepuściłam

Tym oto sposobem z wydanych 16 zł zrobiło się 60
Na szczęście skończyło się TYLKO na 2 wizytach, ufff...

A u Was jaki bilans "strat" i nadprogramowych zapasów?
Kupiłyście coś w ostatniej chwili?
  • awatar Dark Beauty: @NatuŚśśś: Nazbierało się ;) @vanillabeautydelight: Niestety nie widziałam :( @MusicItsMyLife: Takie promocje powinny trwać góra 24h, czlowiek nie miałby szansy na powtórki ;)
  • awatar MusicItsMyLife: mialam dokladnie tak samo:) najpierw kupiłam 3 rzeczy a potem wróciłam i jeszcze 100 straciłam :D masakra :Dsamo zuo.Też kupiłam ten micel i tonik
  • awatar vanillabeautyde: Widziałaś może ta firmę jak bylas w rossmanie http://vanillabeautydelight.pinger.pl/m/19059512
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nie jestem entuzjastką filtrów i używam ich raczej z konieczności [np. przy kwasach] niż przyjemności.
Swego czasu szukałam ideału, który sprawdziłby się przy mojej mieszanej cerze z mocno przetłuszczającą się strefą T. I gdy już znalazłam ideał, okazało się, że producent właśnie go zepsuł, zmieniając faktor na niższy. Wszystkie inne niestety nie do końca się sprawdzały pod względem trzymania mojej cery w ryzach.

Potem odkryłam filtry rodem z Korei i zapaliło się dla mnie światełko w tunelu. Albowiem okazało się, że całkiem dobrze współgrają z moim typem cery i nie robią mi z czoła natłuszczonej patelni, która świeci z dala niczym zwierciadło. Przekonałam się, że filtry można polubić

Od tamtego czasu lubię poeksperymentować na poletku blokerów azjatyckich. Dlatego też z dużym entuzjazmem podchodziłam do testowania nowego produktu, którego próbkę dostałam do zamówienia. Tym większym, iż w nazwie zawierała słowo MATE, a ja fanką mocnych matów jestem.
Tak, wiem... nieszczęsna próbka to za mało na recenzję, niemniej jednak dzięki takiemu maleństwu można stwierdzić, czy w ogóle warto zainwestować w produkt. Zwłaszcza, gdy kosztuje niemało. Dlatego też postanowiłam podzielić się wrażeniami z testów.

SPF 50, sugerowany mat...
Hera Sun Mate Leports...
Tylko... gdzie ten mat się podział?
Biały, gęsty krem o ładnym zapachu dość dobrze aplikowało mi się na skórę. Pod palcami czuć było przyjemny poślizg. Pierwszy zgrzyt widać od razu - zazwyczaj kosmetyki tuż po nałożeniu się wchłaniają i błysk pojawia się po pewnym czasie. A tutaj - tłuściutko, oj tłuściutko... Postanowiłam dać mu trochę czasu na "popracowanie" ze skórą, ale z godziny na godzinę było tylko gorzej

I tak oto jedna, mała saszetka uratowała mnie przed nietrafioną inwestycją.
Piszę zatem ten post ku przestrodze.
Nie wszystko co MATE jest "mate"
Jeśli zatem szukacie filtra o matowym wykończeniu nie sięgajcie po Hera Sun Mate Leports SPF50

Cena: ok 35$ / 70ml
  • awatar beautybypatrycja: czyli jakies 100 zl bys wydala na bubel jednym slowem dobrze ze to byla tylko probka
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W harmonogramie bloga czas na "bebik" czyli BB Cream.
Dzisiaj krótka charakterystyka kremu teoretycznie przeznaczonego do cery tłustej. Z taką właśnie myślą Baviphat opracował formułę kremu Magic Girl Plus BB Cream. Dla odmiany numerek określa kolor, a nie odcień [choć osobiście ciekawi mnie, czy formuły nie różnią się kolorem ]. Jako że testowałam jedynie sample, nie wypowiem się o jego właściwościach długofalowych. Ale mam nadzieję, że te kilka słów, a przede wszystkim swatche być może okażą się pomocne.
*Opis producenta

Baviphat Magic Girl Plus BB Cream to kosmetyk zawierający skwalan, dzięki czemu jest niezwykle delikatny i wygładza skórę. To produkt dwufunkcyjny, pełni rolę bazy oraz filtra UV. Wyrównuje koloryt cery i działa ochronnie przed promieniami UV. Idealny na poranną bieganinę, gdy brakuje czasu.
Zawiera także ekstrakt z oczaru i portulaki, co czyni go odpowiednim do cery wrażliwej.

*Sposób użycia
Po wykonaniu codziennych czynności pielęgnacyjnych, nałóż odpowiednią ilość BB Creamu i rozprowadź równomiernie na skórze twarzy.

Na powyższym zdjęciu opakowanie Pudełko, skromna tubka "z klapką" zawierająca 45 ml kremu, z którego przygląda nam się zalotna, młoda dama . Tubę można postawić na nakrętce, dzięki czemu zawartość będzie łatwiej wydobyć przy końcówce.

Moje doświadczenie z tym BB zaczęłam od stwierdzenia, że jest gęsty. Konsystencja zwarta, kremowa, masełkowa i... o dziwo - jakaś taka nietłusta .
Zapach niewyszukany, jak większości bb - mydlany, z domieszką czegoś świeżego.

Nie pamiętam już, jak zachowywał się podczas samej aplikacji
Natomiast po fakcie odnotowałam przyjemne wygładzenie skóry.

Uważam, że koloryt został bardzo przyzwoicie wyrównany. Krycie średnie, wyglądające naturalnie, ale można je stopniować. Krem wydał mi się lekki, mimo swojej konsystencji, w ogóle nie czułam jego obecności na skórze. Bardzo dobrze dopasował się do naturalnego koloru. Pozostawiał glow typowy dla blasku zdrowej skóry. Ten połysk nie do końca może pasować osobom borykającym się z przetłuszczającą cerą, do jakich krem jest adresowany. Niestety nie odnotowałam właściwości matujących.

Jako że testowałam tylko próbki [starczyły na około tydzień używania] nie jestem w stanie powiedzieć, czy faktycznie reguluje i kontroluje wydzielanie sebum. W tym czasie nie zanotowałam niepożądanych efektów w postaci krost czy podrażnienia.
Kolorystycznie ten BB określiłabym jako beż z domieszką bardziej morelowych, niż żółtych tonów. Wydał mi się ciut jaśniejszy i bardziej żółty niż Missha perfect Cover # 21. Na fotce wyszedł dziwnie różowo, choć w rzeczywistości bardzo dobrze się dopasował i różnice nie były widoczne. Poniżej zamieszczam małe porównanie odcieni
Porównanie: Baviphat, Missha PC # 21 i Elemong

Poszukam jeszcze składu

Cena: ok 50 zł / 45 ml