• Wpisów:1072
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 16:47
  • Licznik odwiedzin:76 214 / 2952 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Pozostajemy w klimatach pielęgnacji kosmetykami azjatyckimi,
Dzisiaj kilka słów o kosmetyku, który zakupiłam jakiś czas temu, na początku mojej azjatyckiej drogi, kiedy moja skóra borykała się ze sporymi problemami. Z czasem przestał mi być tak bardzo potrzebny, bo z cerą zrobiło się lepiej. Aczkolwiek wciąż po niego chętnie sięgałam, kiedy coś "szło nie tak" [jak ostatnio, po przygodzie z masłem shea].
*Opis producenta

Mizon Acence Blemish Control Soothing Gel Cream to żelowy krem, który kontroluje wydzielanie sebum i dostarcza skórze substancji nawilżających jednocześnie. Kosmetyk łagodzi stany zapalne i przeciwdziała powstawaniu nowych dzięki opatentowanej formule ACNATURAL. Dodatkowo ekstrakt sosnowy i cytrynowy odżywiają problematyczne partie skóry, czyniąc ją promienną i oczyszczoną.
Obszary działania:
- kontrola wydzielania sebum
- przeciwdziałanie stanom zapalnym/wypryskom
- nawilżenie
- rozjaśnienie

*Sposób użycia
Nakładać równomierną warstwą na skórę jako ostatni krok pielęgnacji. Lekko wklepać dla lepszego wchłonięcia.

Kosmetyk otrzymujemy w kartonowym pudełku [nie załapało się na zdjęcie], wewnątrz którego znajdziemy niebieski słoiczek ze srebrną nakrętką. Całość taka trochę "tania", niezbyt wymyślna i mocno plastikowa, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Z drugiej strony takie opakowanie się nie stłucze po upadku, a że kierowany jest głównie do młodzieży [chyba], zatem wydaje się to być jak najbardziej uzasadnione. Plus za podwójne wieczko, bo pod nakrętką znajdziemy dodatkowe zabezpieczenie przed dostępem niepożądanych czynników, a jednocześnie uszczelniające opakowanie, zapobiegające wylaniu.
W środku siedzi mleczna, półprzezroczysta maź, taki żelokrem. Na początku dość rzadki, z czasem, gdy woda trochę odparuje/a kremu ubędzie, zmienia się w galaretkę. Z aplikacją nie ma problemu, kosmetyk dobrze rozprowadza się po powierzchni skóry, nieco topnieje pod palcami i szybko się wchłania. Trzeba uważać jednak z ilością warstw - zbyt duża ich ilość poskutkuje zwałkowaniem się kremu. Może stanowić bazę pod makijaż z wyjątkiem przypadku wspomnianego w zdaniu poprzednim
Zaskoczył mnie dość mocny zapach alkoholu, chociaż krem wcale nie zawiera go w składzie. Podejrzewam, że to kwas salicylowy daje podobną woń.

Działanie... Hm... Nie poznałam 100% jego możliwości, bo zanim dotrwał do swojej kolejki stan mojej cery widocznie się poprawił , ale chętnie sięgałam po niego w sytuacjach awaryjnych. Może szczypać w otwarte ranki, ale ogólnie nie podrażniał mojej skóry, nie zapychał ani nie wywoływał innych skutków niepożądanych. Zaobserwowałam, że jest skuteczny. Wszelkie niedoskonałości, jakie nękały moją twarz goiły się dużo szybciej, niż normalnie, traciły na intensywności, bladły. Zaczerwienienie pozapalne też znikało szybciej.
Ciężko mi ocenić, czy na dłuższą metę nie wysusza. Stosowałam go w seriach, po kilka dni pod rząd i nie zauważyłam, aby poziom nawilżenia zmienił się na gorsze. Skóra zachowywała się standardowo. A skład nie sugeruje właściwości wysuszających.

Jeśli kiedykolwiek miałabym potrzebę walczyć z nawracającym i przeciągającym się w czasie atakiem "nieprzyjaciół" z chęcią sięgnęłabym po niego ponownie. Nie tylko po niego zresztą, bo jest to jeden z kilkuelementowej serii produktów i bardzo ciekawi mnie, jak działają wszystkie razem.

*Skład Aqua, Alcohol, Cyclopentasiloxane, Butylene Glycol, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Coplymer, Glycerin, Dimethicone, Trehalose, Sodium Hyalouronate, Hydrogenated Lecithin, Salicylic Acid Glycol Stearate, Cetearyl , Alcohol, Stearic Acid, Triclosan Beta-Glucan, Betula platyphylla japonica Juice, Xanthan Gum, Bambusa Arundinacea Stem Extract, Biosaccharide Gum-1 Rubus Idaeus (Rapsberry) Fruit Extract, Hydrolyzed Extensin, Caprica Papaya (Papaya) Fruit Extract Rosa Hybrid Flower Extractm Propylene Glycol, Hedera Helix (Ivy) Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Extract, Pinus Pinaster, Bark Extract, Schizandra Chinesis Fruit Extract, Sodium Chloride, Disodium edta, Methylparaben, Propylparaben, Fragrance

Cena: ok. 15$ / 50ml
 

 
Dziś dzień pełen wrażeń, pozytywnej energii i przyjemnych emocji
O przyczynie takiego stanu rzeczy napiszę na blogu już niedługo [a już teraz dziękuję za wspaniałe popołudnie ] , tymczasem zapraszam na notkę o kolejnym koreańskim kosmetyku


Ja pamiętacie, ostatnio w mojej łazience pojawiło się stadko próbek myjadła Skin79. Troszkę sobie ich poużywałam, więc jak zwykle postanowiłam podzielić się wrażeniami w postaci takiej pół-recenzji

*Opis producenta

Dzięki mikrobąbelkom dotleniającym Twoją skórę, ten musujący żel dezykowany specjalnie do zmywania BB Creamów głęboko oczyszcza, usuwając tym samym martwy naskórek i pozostałości makijażu, jednocześnie nie podrażniając naskórka.

Sposób użycia:
1. Odpowiednią ilość produktu rozprowadź po powierzchni twarzy, omijając okolice oczu i ust.
2. Po minucie lub dwóch, gdy pojawią się bąbelki, oczyść twarz delikatnie ją masując.
3. Pozostałości obficie spłucz wodą.
Opakowania organoleptycznie nie zbadałam, ale już na fotce widać, że mamy do czynienia ze zgrabnym, niewielkim słoiczkiem z dozownikiem.
Sam żel opisałabym jako żelowy, białawy budyń.Kosmetyk ma bardzo przyjemny zapach z grupy morskich, "bryzowy", "niebieski" i kojarzy mi się też trochę ze świeżo prasowanym praniem [którą to woń zresztą uwielbiam ].
Żel należy nałożyć równomierną, cienką warstwą na twarz i poczekać, aż sam z siebie zamieni się w pianę. Muszę przyznać, że to bardzo ciekawe uczucie na skórze, gdy zaczyna musować i lekko mrowić, jakby mrówki delikatnie po niej deptały.
Kiedy piana jest już wystarczająco obfita przychodzi czas na masaż. Wtedy pod palcami mus zmienia się w tłuste mazidło, jakby lekko zemulgowany olej. Jeśli wystarczająco długo będziemy go masować, to zupełnie wchłonie się w skórę.
Czas na płukanie, co należy zrobić obficie. Na początku palce ślizgają się po skórze. Gdy już będzie czuć pod palcami, że zniknęły wszystkie pozostałości czyścika, można zakończyć tę czynność. Gotowe
W efekcie tego ciut długiego, ale jakże przyjemnego procesu otrzymujemy bardzo dobrze oczyszczoną twarz. Skóra jest nawilżona i odpowiednio natłuszczona, ale nie tłusta. Po użyciu tego zmywacza rano budziłam się ze zmatowionym czołem. W dotyku naskórek jest przyjemnie jędrny, gładki.

Preparat ten testowałam też jako tradycyjny żel, bez tej całej musującej otoczki. Stosowany w ten sposób nie wytwarza piany, jedynie lekko bieli powierzchnię skóry. Podczas mycia daje duży poślizg, jakby twarz była posmarowana galaretką . Z poziomu oczyszczenia byłam zadowolona.

Ogólnie rzecz biorąc to całkiem fajny produkt, o bardzo ciekawej formie aplikacji , która mocno przypadła mi do gustu. Ciut trudno się zmywa, ale fajnie pielęgnuje i oczyszcza. Mam ochotę na pełnowymiarowe opakowanie Choć z drugiej strony jest nieco przydrogi, jak na gadżet do mycia twarzy. Są tańsze rozwiązania, które oczyszczają równie dobrze.

Cena: ok 45 zł / 100ml
 

 
Wczoraj odpuściłam, za to dzisiaj się powymądrzam
W sumie tytuł posta powinien brzmieć "ślimak, ślimak pokaż rogi ", ale trzymam się konwencji blogowej
Dzisiaj w cyklu "trendy w kosmetyce" będzie o składniku, który ostatnio zrobił się szalenie popularny. Chodzi oczywiście o tytułowy śluz ślimaka.
W ciągu ostatniego roku obserwowałam lawinowy wręcz przyrost kosmetyków ze ślimakiem w składzie [na koreańskim rynku].
O ile pamiętam, pierwszy raz zetknęłam się z tym ingredientem przy okazji spotkania z marką Mizon, której All in One Snail Cream jest sztandarowym produktem.
Za jej śladem poszły inne firmy i dzisiaj w zasadzie każda azjatycka marka posiada w ofercie jakąś ślimaczą serię. Oprócz kosmetyków typowo pielęgnacyjnych ślimaczy śluz wdarł się także w składy moich ulubionych BB Creamów i coraz więcej ich widuję na ebayu. producenci prześcigają się w pomysłach - serumki, ampułki, esencje i maseczki... nic, tylko przebierać, wybierać, kupować, smarować...
Marketingowa historyjka głosi, iż osoby zajmujące się hodowlą ślimaków zauważyły, że ich skóra dłoni i przedramion stała się niezwykle gładka, miękka i przyjemna w dotyku, a wszelkie rany czy uszkodzenia naskórka goiły się niezwykle szybko. Taka reakcja stała się podstawą do badań nad działaniem ślimaczego śluzu.

Tymczasem gojące działanie tej substancji znane jest już od... starożytności. Już w czasach antycznej Grecji medycy sięgali po uzdrawiające ślimaki .

Helix Aspersa, bo o nim mowa, to gatunek posiadający niezwykłą zdolność intensywnego wydzielania 2 rodzajów śluzu. Jeden towarzyszy im w codziennej wędrówce, natomiast drugi pojawia się w sytuacji biologicznego stresu. I to właśnie ten drugi odpowiedzialny jest za działanie kosmetyków, albowiem wykazuje działanie ochronne, antyoksydacyjne, nawilżające, regenerujące oraz bakteriobójcze. Dzięki temu delikatna skóra ślimaków, narażona na codzienne urazy, jest w stanie tak szybko się zregenerować.

Ale na listę INCI wydzielina ślimakowa trafiła dopiero w 2006 r., po wielu latach badań [trwały od XIX w. a ich intensyfikacja przypada na lata 70-te ubiegłego wieku].
Dzisiaj śluz ślimaka Helix Aspersa wykorzystuje się w pielęgnacji kóry na takich poletkach jak:
- walka z przebarwieniami
- zachowanie młodości [anty-aging]
- blizny o różnym źródle pochodzenia [w tym pooperacyjne i oparzeniowe]
- trądzik, zmiany trądzikowe i inne stany zapalne
- nawilżanie, regeneracja, odżywienie naskórka

Imponujące, prawda?
W sumie trudno się dziwić, że ślimaczek zawojował kosmetyczny rynek

Na koniec dodam dla wyjaśnienia, bo samo skojarzenie z odzwierzęcym składnikiem może budzić negatywne emocje, że produkcja śluzu odbywa się bez szkody dla zwierzaka. W innych okolicznościach w wydzielinie pojawiają się toksyny, przez co staje się ona bezużyteczna jako składnik.

Sama jakiś czas temu uległam pokusie i testuję kremy zawierające wspomnianą substancję.
Z jakim skutkiem? Okaże się po zakończeniu kuracji...
 

 
Dziś post typowo odtwórczy. Mój mózg ostatnio przyjął zbyt dużo informacji , a do tego ciągle coś nowego się pojawia, zatem na pracę koncepcyjną nie starcza energii, szczególnie pod koniec dnia... Ale nie narzekam

Jakiś czas temu pojawiły się pierwsze informacje na temat nowej kolekcji kosmetyków Catrice i to właśnie ją dzisiaj Wam przedstawię. Opatrzono ją nazwą Matchpoint, a poniżej możecie zobaczyć, jak się prezentuje

Aby nadać spojrzeniu głębię przygotowano cienie
a także tusz do rzęs i bazę pod cienie, która posłuży także za rozświetlacz
W trosce o usta zaprojektowano balsamy koloryzujące w formie kredek
a w celu nadania świeżego rumieńca stworzono róż w dwóch odcieniach
Całości dopełnia wybór lakierów do paznokci w czterech odcieniach.
Jest też i kosmetyczna, aby móc wszystko zabrać ze sobą [w końcu to wakacyjna kolekcja, podróże, wyjazdy, te sprawy]
Szału ni ma, pupy nie urywa
Po ostatniej przygodzie z wypiekanymi cieniami nie sądzę, abym po raz kolejny po nie sięgnęła, choć jak to mówią - never say never.
Produktem, który szczególnie mnie zainteresował są balsamy do ust. Wpadł mi w oko ciemniejszy kolor. Mam nadzieję, że będą dobrze napigmentowane lubię mocny efekt.
W oko wpadł mi też jasny róż i wszystkie lakiery z wyjątkiem zgaszonej żółci.
Ciekawe, jak odwzorowanie kolorów na zdjęciach będzie się miało do rzeczywistości...

I tak sobie myślę, że chciałabym ją zobaczyć na półkach rodzimych drogerii [czyt. Natury, bo Hebe nie mam ]. A jak Wy się zapatrujecie na tę propozycję Catrice?
  • awatar bravelittleangel: W sumie podoba mi się ten lakier pomarańczko-brzoskwinka, ale ile będę miała pomarańczy w swojej kolekcji? :)
  • awatar Gość: nie no ta kolekcja przemawia do mnie ;)
  • awatar Paper Rainbow: świetna kolekcja ; )
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Złe wieści już zdążyły obiec blogosferę. Ulubieniec za rozsądną cenę ma wkrótce zniknąć z półek . Skłoniło mnie to do napisania recenzji tego produktu, póki jeszcze jest dostępny.
*Opis producenta

Płyn micelarny dokładnie oczyszcza wrażliwą skórę twarzy oraz oczu z makijażu, także wodoodpornego oraz zanieczyszczeń. Pełni funkcję toniku, działa łagodząco i odświeżająco. Przywraca komfort czystej skóry bez pozostawienia uczucia ściągnięcia..
Oczyszczające micele zapewniają wysoką skuteczność oczyszczania, dokładnie usuwają makijaż i zanieczyszczenia nie naruszając bariery hydrolipidowej naskórka.
Ekstrakt z malwy działa nawilżająco, zmniejsza nadwrażliwość skóry.
D-panthenol działa przeciwpodrażnieniowo.

*Sposób użycia
Nanieś płyn na płatek kosmetyczny i oczyść twarz, oczy i szyję. Stosuj rano i wieczorem, a także wtedy, kiedy masz potrzebę odświeżenia skóry.

Historia zaczyna się od tego, że sama uległam magii opinii tego kosmetyku. Nie ma chyba maniaczki, która nie słyszała o jego rewelacyjnym działaniu. Sama bym go pewnie nawet nie zauważyła, gdyż zazwyczaj siedzi z tyłu pudełka, mocno schowany za "rodzeństwem" czyli mleczkami.

Opakowanie skromne - plastikowa, przezroczysta butelka o charakterystycznym kształcie trójkąta z jasną nakrętką. Dozownik typu press - początkowo go nie lubiłam, gdyż przyzwyczajona byłam do "zwykłych" otworów pod klapką, ale z czasem się przyzwyczaiłam. Trzeba nieco uważać, aby nie wylać na wacik za dużo, przy odrobinie praktyki dochodzi się do wprawy.

Micel ma postać przezroczystego płynu [typowa woda]. Teoretycznie bezzapachowy. Ja wyczuwam natomiast lekką, kwaskowa nutę, coś na kształt niedojrzałego jabłka lub wody z cytryną. Wstrząśnięty pieni się w butelce, natomiast nie zauważyłam takiego efektu na waciku czy podczas zmywania, jak to bywało w przypadku innych tego typu płynów.

Najważniejsza sprawa - działanie. A to moim zdaniem jest naprawdę godne uwagi. Testowałam już kilka miceli, jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, ale na ich tle BeBeauty wypada ponad średnią. Zmywa makijaż z oczu dużo lepiej niż płyny, które do tej pory stosowałam. Świetnie radzi sobie z domywaniem eyelinera spomiędzy rzęs, a dotychczas miałam z tym problemy. Wszystko dokładnie usunięte. Nie podrażnia oczu, jest naprawdę delikatny .

Micela używam głównie rano, do oczyszczenia i odświeżenia twarzy po nocy. W tej roli również sprawdza się bardzo dobrze. Może zastąpić tonik, zauważyłam że całkiem nieźle nawilża, a ekstrakty obecne w składzie pielęgnują cerę. Nie odnotowałam szczypania, zaczerwienienia czy innego rodzaju podrażnień.

Dodatkowo jeśli skonfrontujemy to wszystko z ceną, uważam, że jest to produkt naprawdę godny uwagi.
Rezygnacja z tej pozycji asortymentu będzie niepowetowaną stratą dla osób, które zdążyły go polubić. Może jednak osoby decyzyjne opamiętają się i ostatecznie unieważnią [za przykładem Farmony] decyzję o wycofaniu tego rozchwytywanego [sądząc po częstych pustkach na półkach] kosmetyku.

*Skład Aqua, Poloxamer 184, Disodium Cocoamphodiacetate, Propylene Glycol, Polysorbate 20, Panthenol, Peat Extract, Malva Sylvestris Flower Extract, Sodium Chloride, Disodium EDTA, Sodium Citrate, Citric Acid, Parfum, Methylparaben, Propylparaben, Methylisothiazolinone.

Cena: 4,39 zł / 200ml
  • awatar Unseen: mi nie za bardzo pasuje :/
  • awatar jestemBasia: ja kuilam spory zapas tego plynu jak okazalo sie ze juz go nie bedzie :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Uff, ciśnienia już nie ma, swobody ciut więcej [chociaż jutro znowu trzeba strasznie rani wstać], a tymczasem zmieniła mi się koncepcja znów mi się zmieniła i będzie coś innego, niż pierwotnie miało być, ale też będzie fajnie
Co się odwlecze, to nie uciecze, a tymczasem zapraszam na recenzję kremu marki DLA.
*Opis producenta

Receptura opracowana specjalnie dla osób z cerą wrażliwą z pierwszymi oznakami starzenia się skóry. Krem przeciwdziała procesom starzenia przede wszystkim poprzez pobudzanie naturalnych mechanizmów w skórze, które z wiekiem się rozleniwiają.
Stosując krem każdej nocy:

- dostarczasz niezbędnych, do prawidłowego funkcjonowania, skórze składników odżywczych
- pobudzasz odnowę komórkową
- zapobiegasz jej przedwczesnemu starzeniu
- pozostawiasz skórę gładką, delikatną oraz doskonale nawilżoną.

A wszystko to dzięki zastosowaniu uzupełniającej się wzajemnie kompozycji poniższych składników:
Mleczko pszczele - zawiera ponad 30 aminokwasów (m. in. alaninę, glicynę, histydynę) cukry i witaminy (B1, B2, B6, B12, E, PP, kwas pantotenowy, kwas foliowy, biotynę), dzięki czemu jest doskonałym środkiem odmładzającym i odżywczym tzw. „eliksir młodości”.
Świeży napar z jarzębiny – jest cennym źródłem witaminy C i P, uszczelnia i wzmacnia naczynia krwionośne, ma działanie odżywcze
Olej z czarnuszki– naturalne źródło kwasu linolowego (ok. 58%) należącego do rodziny kwasów omega-6, kwasu oleinowego (ok. 24%) należącego do rodziny kwasów omega-9, oraz 15 aminokwasów łącznie z 8 niezbędnymi (egzogennymi) i innych aktywnych substancji takich jak witaminy i minerały. Dzięki czemu utrzymuje skórę w dobrej formie oraz zapobiegają jej przedwczesnemu starzeniu.
D-pantenol - zmniejsza stan zapalny, łagodzi podrażnienia
Optymalny kompleks witamin (A+ E + C+ F) , który pobudza naturalne procesy zachodzące w skórze, poprawiając elastyczność skóry, skutecznie przeciwdziała procesom starzenia genetycznego.

*Sposób użycia
Krem polecamy stosować codziennie wieczorem na oczyszczoną skórę twarzy. Niewielką ilość kremu należy rozprowadzić po skórze, a następnie delikatnie wklepać.
Krem został przetestowany przez osoby z cerą wrażliwą z pierwszymi oznakami starzenia pod kierunkiem lekarza dermatologa.

O kosmetykach polskiej marki DLA słyszałam już jakiś czas temu, a ich fajne, w dużej mierze naturalne składy oczywiście otworzyły mi w głowie szufladkę CHCĘ TO!
Marzenie moje ziściło się wcale nie tak długo po tym odkryciu, albowiem jeden z kremów tej firmy wpadł w moje ręce na spotkaniu blogerek Marka od razu zdobyła moje uznanie - popatrzcie, jakie śliczne zawiniątko otrzymałam! Dbałość w każdym szczególe, łącznie z odręcznie napisaną notatką w środku
Oki, dość peanów o oprawie czas zajrzeć do wnętrza Ale po kolei...

Opakowanie... Na zewnątrz pudełko, na którym znajdziemy opis i skład, a wewnątrz smukła, niepozorna buteleczka. Design, skromny, ascetyczny, taki trochę aptekarski, rzekłabym, a przy tym ma w sobie sznym czegoś ekskluzywnego. I co mogę powiedzieć - zdobyło moje serce! Jak ono świetnie leży w dłoni . Dozownik typu airless zapewnia higieniczne korzystanie z kosmetyku. Działa bez zarzutu i możemy dowolnie zarządzać ilością wydobywanego kremu.
Zawartość ma kolor ecru/kremowy. Konsystencja raczej gęsta, treściwa, niewodnista, a nawet lekko tłusta. Jednocześnie po aplikacji na skórę wydaje się całkiem lekki, nie "dusi" jej lepką, tłustą, nie wchłaniającą się warstwą. Mało tego - szybko się wchłania, a przy niewielkich ilościach otrzymamy prawie matowe wykończenie. Krem bardzo gładko sunie po skórze, łatwo go rozsmarować.
Zapach... Kilkukrotnie, na innych blogach, widziałam recenzje, w których krem był opisywany jako niezły śmierdziel [krótko rzecz ujmując ]. Przygotowałam się zatem na atak nieciekawej , kwaśnej woni, podobnej do charakterystycznego, ostrego zapachu świeżej jarzębiny, jako że krem właśnie ją zawiera. A konkretniej - napar jarzębinowy. A tu niespodzianka No, różami to on nie pachnie, ale woń ma naturalną, podobną do nieperfumowanych kosmetyków aptecznych. Kojarzy mi się ze skoszoną trawą i olejem z pachnotki.

Kremu używałam zgodnie z przeznaczeniem - na noc. Hojną ręką, niejednokrotnie tu i tam dokładając dodatkową warstwę w partiach twarzy, które bywają bardziej suche. Wydawało mi się, że będzie mało wydajny i nie powiem, mocno się zdziwiłam, bo po miesiącu ubyło może 1/4 zawartości
Oczywiście każdego ranka drobiazgowo obserwowałam efekty i zauważyłam, że...
- skóra stała się miła w dotyku, przyjemnie jędrna i wypoczęta
- już po kilku dniach odnotowałam wzrost nawilżenia
- poziom natłuszczenia również uległ poprawie, ale... skóra nie była rano tłusta , po prostu krem przywrócił równowagę hydro-lipidową

Byłam naprawdę zadowolona z jego działania w powyższym zakresie i uważam, że to naprawdę dobry kosmetyk, jeśli szukacie czegoś, co poradzi sobie z optymalnym nawilżeniem.

Natomiast jeśli chodzi o moją cerę, to mam do niego jedno, jedyne zastrzeżenie - zapychanie. Od jakiegoś czasu obserwuję niepożądane działanie masła shea na moją skórę, a produkt niestety zawiera je w składzie. Skutkuje to niestety pojawieniem się stanów zapalnych. Dlatego musiałam go odstawić. Ale wiem, że są cery, które masło shea bardzo lubią, więc warto spróbować Krem jest na tyle dobry, że postanowiłam zachować go w swoich zapasach i używać od czasu do czasu [może nie będzie tragedii przy rzadszym stosowaniu ].
Chętnie też przetestuję próbki Kuracji Regenerującej [z lipą i rumiankiem], która pozbawiona jest shea.

*Skład Aqua/Sorbus Aucuparia, Ceteareth-18/Cetearyl Alcohol, Helianthus Annus Seed Oil, Isopropyl Isostearate, Glycerin, Glyceryl Stearate, Simmondsia Chinesis Oil, Cetyl Alcohol, Butyrospermum Parkii Butter, Nigella Sativa Oil, Linolenic Acid/Oleic Acid/BHT, Royal Jelly Powder, Allantoin, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Parfum, Methylparaben, Propylparaben, Lactic Acid, Sodium Borate, 2-Bromo-2-Nitropropne-1,3-Diol.

Cena: ok 25 zł / 30g

Znacie kosmetyki DLA? Coś Was szczególnie kusi? A może macie już z nimi doświadczenia?
  • awatar zaczarowana2808: kosmetyki DLA są produkowane w moim mieście :) używałam kremu do cery trądzikowej, ale również zauważyłam, że zapycha mi pory i odstawiłam :(
  • awatar mnbvx: Zapraszam do dodania mnie do obserwowanych. :) Blog modowy choć nie koniecznie :d Pozdrawiam :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Zaplanowałam sobie dzisiaj post z cyklu "tendy w kosmetyce", ale nie mam głowy do tego, aby go spisać i opublikować. Chwilowo moje myśli skupiają się na innych rzeczach.
Z założenia prawie nie wspominam na łamach bloga o moim życiu osobistym, ale... wyjątek potwierdza regułę, prawda?
Zatem zamiast pisać notkę, uciekam się... uczyć
Przede mną ważny test, ten "wielki dzień" już jutro , w dodatku muszę rano wstać, grrr...

Uciekam zgłębiać wiedzę tajemną, a na notkę zapraszam w poniedziałek
 

 
Dziś zapraszam Was na gościnną recenzję żelu Biały Jeleń autorstwa mojego osobistego ślubnego, który doświadczenie ma z nim nieco większe niż ja

*Opis producenta

Hipoalergiczny żel pod prysznic Biały Jeleń z kozim mlekiem delikatnie oczyszcza, nie podrażniając skóry.

Substancje pielęgnujące:
- naturalne kozie mleko - zapewnia odpowiednie odżywienie i nawilżenie skóry, dzięki czemu odzyskuje ona elastyczność oraz jedwabistą gładkość
- składnik działający jak naturalny dezodorant - hamuje rozwój bakterii.

Przebadany dermatologicznie wśród osób z alergiami skórnymi. Nie zawiera alergenów, silikonów i sztucznych barwników.

*Skład Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamide DEA, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Goat milk extract, C12-13 Alkyl Lactate, Styrene/Acrylate Copolymer, Sodium Tallowate, Sodium Cocoate, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Parfum
*Recenzja żelu pod prysznic „Biały Jeleń”*

To nie był przemyślany zakup. Nie na zasadzie, pójdę do sklepu popatrzę po półkach wybiorę sobie odpowiedni żel pod prysznic. Wszystko odbywało się na pełnym gazie, w niedoczasie - tak by maksymalnie dużo wolnego pozostało na przygotowanie do bodaj najważniejszej rozmowy z klientem w ciągu ostatnich miesięcy.

Decyzja zakupowa zbudowała się we mnie na podstawie prostego skojarzenia, z polecanką położnej, która wymawiała żonie jakiekolwiek mydła, żele znanych z reklam marek - polecając właśnie to "stare, dobre, niezawodne". Białego Jelenia, który nie jest biały i nazywał się szarym mydłem chociaż był zielonkawy.

Przypomniałem sobie i "Biały Jeleń", żel hipoalergiczny poleciał do koszyka. Niby tyle z decyzji i rozpoznania, ale jak się dobrze zastanowić to zaszedł bardzo ciekawy proces: skojarzenie z produktem polecanym kobietom w ciąży, czyli nic o działaniu buldożera, ale jednocześnie skuteczne, przymiotnik "hipoalergiczny" w nazwie, neutralny biały kolor, który podkreślał ten charakter. Widmo spotkania i negocjacji umowy kilkaset kilometrów od domu, ze skórą swędzącą po reakcji na cosik nowego? Nie, dziękuję.

Właśnie nasunęło mi się ciekawe pytanie - Czy dokonałbym tego zakupu równie szybko, gdyby ten "Biały Jeleń" był wściekle zielony? Hmm...

Pewnie zastanawiacie się ile jest hipoalergiczności w tym hipoalergicznym żelu. Szczerze? Nie wiem. Nie znam się. W składzie nie zauważyłem niczego co przypomina wzór chemiczny trotylu, ale jest np. kozie mleko. Jestem facetem - biorę to na klatę. Jak mnie zacznie swędzieć to się będę martwił

Aha, ważne. Cena. Nie zauważysz tego wydatku, zatem istnieje spora szansa, że kupując w pośpiechu jak ja, nawet nie mając przy sobie portfela wyskrobiesz coś z zachomikowanych klepaków. Świetnie! A jak dasz banknot to przynajmniej na jeden browar zostanie. No genialnie!

Dobra, pokonałem te kilkaset kilometrów. Przed spotkaniem wlazłem pod prysznic z "Jeleniem" (białym) w garści. Konsystencja na plus, nie cieknie jak gluty między palcami, ale nie jest też pastą do zębów. Miły i aksamitny. Dobrze się pieni. Nigdy nie wiedziałem, co to znaczy - kiedy w reklamach kobiety mówią, że "coś relaksuje", ale tu coś jest na rzeczy. Skóra nie robi się sucha, żadnych drażniących objawów. Wszystko jak trzeba.

Nie wiem jak działa na włosy, bo moje są łyse i przez to niesprawdzalne. Zapach, z taką lekką nutką miodową. Nienatarczywy - co bardzo ważne i nie ma dominanty, która charakteryzowałaby go jako – dla konkretnej płci. Po prostu taki zapach, by czuć się czystym, umytym i zrelaksowanym. Żadnego spięcia pośladów z guaraną w tle. Ten zapach na pewno nie wejdzie w paradę z ulubionym zestawem kosmetyków i nie uderzy kogoś zapachowym bukietem ciężkim jak kowalski młot.

Koniec końców udałem się na to spotkanie świeżutki i wypoczęty. I dobrze poszło

Podsumowując. W krytycznej chwili, kiedy nagle okazało się, że mam przy sobie odpowiedzi na wszelkie możliwe pytania, mam wszelkie możliwe analizy, plany, ale nie ma kompletnej kosmetyczki - "Biały Jeleń" nie zawiódł. Nie jestem człowiekiem, który jest przywiązany łańcuchem marki. Kupiłem za tyle ile akurat było w kieszeni. Kupiłem na zasadzie skojarzenia produktu, który "powinien być dobry, bo kiedyś, jak mówią był ". I to naprawdę fajna myśl, że tego budowanego przez lata zaufania firma nie rozmieniła na drobne. Że nie walczy z tym stereotypowym, wyszydzanym "szarym mydłem". Bo tylko skończony kretyn się z tego śmieje.

Mija pięć miesięcy od tamtej wyprawy. Ja dalej kupuję tego hipoalergicznego Jelenia. No szok...

Cena: ok 7 zł / 250ml
 

 
O ile jest taka możliwość, zazwyczaj staram się używać szamponu i odżywki z tej samej serii, aby uzyskać tzw. efekt synergii i wzmocnić wzajemne działanie składników. Tak się stało i tym razem, bo Dobry Duszek sprezentował mi cały zestaw w jednej z niespodziankowych paczek

Wczoraj opisywałam swoje wrażenia z używania szamponu, a dzisiaj zapraszam na recenzję odżywki
*Opis producenta

Odżywka regeneruje suche włosy, sprawia że stają się bardziej miękkie, jedwabiste, zapobiega łamliwości włosów i rozdwajaniu się końcówek. Przynosi ulgę w rozczesywaniu włosów.
Organiczny ekstrakt Szarotki Alpejskiej nadaje włosom zdrowy blask i elastyczność.
Organiczny ekstrakt Róży Damasceńskiej tonizuje skórę głowy.
Organiczny olej Rozmarynu nawilża i regeneruje suche włosy.
*Sposób użycia Nanieść balsam na czyste i wilgotne włosy, pozostawić na 1-2 minuty, następnie zmyć ciepłą wodą.
Opakowanie... butla w sumie niczym, oprócz etykiety, nie różni się od tej z szamponem, więc jeśli ciekawe jesteście mojej opinii, zajrzyjcie do wczorajszego postu, znajdziecie go poniżej .

Tymczasem skupię się na właściwościach odżywki.

Tutaj, dla odmiany po gęstym żelu, mamy do czynienia z dość rzadką emulsją, która "współpracuje" przy wydobywaniu z butelki i nie ma z wydobyciem większych problemów. Odżywka jest biała i posiada bliżej niesprecyzowany zapach. Ale żadne tam syntetyczne owoce czy kwiatki. Na mój nos - chemiczny, niezbyt przyjemny, trochę przypominający środki czystości pomieszane z mydłem.

Odżywkę nakładam obficie i wtłaczam w wilgotne włosy. Po chwili znika, wypita przez kosmyki, ale potem, przy ugniataniu i delikatnym pocieraniu ujawnia swoją obecność. Trzymam ją przez kilka minut i obficie spłukuję. Efekt? Zaraz po wysuszeniu włosy są trochę napuszone, sporo pojedynczych odstaje od reszty, tworząc aureolę. Nieco trudno je też rozczesać. Przy końcówkach muszę trochę dłużej niż zwykle popracować grzebieniem. Ale na drugi dzień to niepożądane zjawisko znika, a same kosmyki są wygładzone i sypkie. Ręka sunie gładko po ich powierzchni . Kolejna sprawa - odżywka całkiem dobrze nawilża, co mnie zaskoczyło, bo kosmetyki ziołowe lubią trochę wysuszać. Miła niespodzianka
Zauważalny jest też mocny, bogaty połysk naturalny; blask, jaki dają zdrowe, odżywione włosy bez nadbudowy silikonowej. Albowiem w jej składzie silikonów nie znajdziemy. To dobra wiadomość dla osób, które poszukują takiej alternatywy.

Skład: Aqua, Rosa Damascena Flower Extract, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Cetyl Ether, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Leontopodium Alpinum Flower/ Leaf Extract, Parfum, Argania Spinosa Kernel Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Hydrolyzed Wheat Protein, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Citric Acid.

Cena: ok. 25 zł / 360ml
 

 
Słodkie lenistwo [choć może nie do końca lenistwo ] przeciągnęło się nieco...
Czas jednak wziąć się w garść - wracam z porcją recenzji.
A zaczynam od pielęgnacji włosów. Dziś przedstawiam Wam szampon do włosów marki Organic People.
*Opis producenta

Szampon regeneruje strukturę włosów, nawilża włosy, chroni przed rozdwajaniem się końcówek.
Organiczny ekstrakt Szarotki Alpejskiej nadaje włosom zdrowy blask i elastyczność.
Organiczny ekstrakt Róży Damasceńskiej tonizuje skórę głowy.
Organiczny olej Rozmarynu nawilża i regeneruje suche włosy.

*Sposób użycia Nanieść balsam na czyste i wilgotne włosy, pozostawić na 1-2 minuty, następnie zmyć ciepłą wodą.
Opakowanie niezbyt wymyślne - zwyczajna butelka z białego, dosyć twardego plastiku. Solidna, wygodna w użyciu, przynajmniej na początku. Dlaczego? Otóż dlatego, że szampon jest bardzo gęsty i pod koniec trudno go wydobyć z tej przepastnej butli. Przepastnej, bo sporo większej niż standardowe opakowania z drogeryjnych półek; zamiast 250 dostajemy aż 360ml. brak przejrzystości materiału, z którego jest zrobiona utrudnia nam kontrolę zużycia, aczkolwiek wystarczy spojrzeć pod światło, aby sprawdzić ilość wewnątrz.
Zamknięcie typu press, poręczne, choć przy tej gęstości może utrudniać wydobycie zawartości. Otwór w zakrętce jest niewielki i szampon wypływa bardzo powoli.
Jak już się uporamy z wydobyciem, to naszym oczom ukaże się gęsty żel, półprzezroczysty, o lekko pomarańczowej barwie. Zapach kojarzący się z cytrusami [pomarańcza właśnie, ale taka "nieczysta"], jest niezbyt mocny, powiedziałabym, że [dla mnie] trochę mdły. Podczas mycia jeszcze bardziej słabnie.
Szampon w akcji - myje bez zastrzeżeń. Rozcieńczam go najpierw przed myciem dużą ilością wody i taka metoda sprawia, że bardzo dobrze się pieni. Po spłukaniu włosy nie są splątane i raczej nie sprawiają problemów przy rozczesywaniu. Końcówki bywają trochę splątane, ale w zasadzie mam tak przy każdym myjadle . Włosy po wyschnięciu przede wszystkim mają piękny, zdrowy, naturalny, niemal lustrzany połysk. Charakteryzują się sypkością i puszystością. W dotyku [bez odżywki] miałam wrażenie, że nieco brakuje im gładkości. Domywa włosy bez zastrzeżeń. Wydajności nie oceniam, bo zawsze jednorazowo zużywam taką samą ilość, niezależnie od kosmetyku, którego używam. jednak ten szampon na pewno starczy Wam na dłużej, chociażby z racji większej pojemności opakowania .

I niby wszystko jest takie, jak trzeba, a jednak czegoś niesprecyzowanego [w mojej ocenie] mi brakuje. Aczkolwiek ogólne wrażenia są pozytywne i myślę, że mogę polecić ten kosmetyk. Tym bardziej, że ma całkiem niezły skład, który możecie obejrzeć poniżej.

Skład: Aqua, Rosa Damascena Flower Extract*(organiczny ekstrakt Róży Damasceńskiej), Sodium Coco-Sulfate, Coco-Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Leontopodium Alpinum Flower/Leaf Extract*(Organiczny ekstrakt Szarotki), Glycerin, Sodium Chloride, Glyceryl Oleate,
Rosmarinus Officinalis Leaf Oil*(Organiczny olej Rozmarynu), Hydrolyzed Wheat Protein (Proteiny Pszenicy), Citric Acid, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Parfum, Citronellol* , Geraniol*, Linalool**.
(*) składniki organiczne (**) naturalne składniki olejków eterycznych.

Wiem, że pewnie części osób nie spodoba się obecność SCS, choć podobno w praktyce ma łagodniejsze działanie niż jego syntetyczny odpowiednik. Mi akurat nie przeszkadza, tym bardziej, że ma fajnych "sąsiadów" w postaci ekstraktów

Cena: ok 25 zł / 360ml
 

 
Powoli zbieram siły i materiały na nowe notki, czeka mnie jeszcze trochę pracy ze zdjęciami, ale już wkrótce pojawią się nowe notki recenzenckie

Tymczasem w cyklu "Warte uwagi" postanowiłam wspomnieć o nowych, całkiem obiecujących produktach z drogeryjnych półek, które jakiś czas temu przykuły mój wzrok. Jak nietrudno się domyślić, chodzi o linię kosmetyków z linii Biotechnologia Ciekłokrystaliczna.
Na stronach producenta możemy przeczytać:

BIOTECHNOLOGIA CIEKŁOKRYSTALICZNA 7D to profesjonalna, niezwykle skuteczna linia kosmetyków nawilżających nowej generacji, która rewelacyjnie chroni oraz wydobywa naturalne piękno młodej cery.
Linia powstała w oparciu o najnowsze osiągnięcie współczesnej technologii – bazę ciekłokrystaliczną zbudowaną na wzór i podobieństwo skóry. Inteligentne formuły rewelacyjnie walczą o zdrowy, świeży wygląd cery aż na 7 płaszczyznach i gwarantują skórze ekstremalne nawilżenie oraz spektakularne efekty w opóźnianiu powstawania zmarszczek. Kosmetyki zostały wzbogacone o składniki, które zapobiegają tworzeniu się zmarszczek na długi czas.

Kremy na bazie ciekłokrystalicznej to kremy idealne, zainspirowane naturalną budową skóry. W odróżnieniu od zwykłych kremów ich struktura jest fizjologicznie zgodna ze strukturą skóry, dzięki czemu składniki aktywne mają ułatwioną penetrację w jej głąb i są natychmiast przez nią absorbowane. Struktura kremu na bazie ciekłokrystalicznej zawiera idealnie kompatybilne ze skórą lipidy membranowe, które wspierają jej naturalną barierę lipidową, zapewniają znaczny i długotrwały wzrost nawilżenia skóry oraz kontrolowane, stopniowe uwalnianie substancji aktywnych, dzięki czemu mogą one działać o wiele skuteczniej niż w zwykłych kremach. Tak wygląda porównanie struktur:
Dodatkowo producent zapewnia: 0% parabenów 0% sztucznych barwników 0% oleju parafinowego 0% PEG, a kremy nadają się do cer wrażliwych

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po pudełeczka w celu przeczytania składów
A ten bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Kremy są naprawdę bogate w składniki aktywne i znajdziemy ich tam całkiem pokaźną ilość. Ba, w dodatku wcale nie na końcu składu, co oczywiście bardzo mnie cieszy
Nie wszystkim może spodobać się obecność trójglicerydów [potencjalnie zapychających], glikolu propylenowego czy niezbyt "przyjemnego" konserwantu DMDM Hydantoin, no ale coś za coś, czymś trzeba zakonserwować kosmetyk. Natomiast nie ma [znienawidzonych ostatnio] parabenów czy ciekłej parafiny, która też nie cieszy się dobrą sławą.
Teorii bazy ciekłokrystalicznej nie komentuję, bo się nie znam, aczkolwiek mój wewnętrzny diabeł gdzieś tam szturcha moje myśli widłami, po cichu zadając pytanie - jakim to cudownym sposobem składniki, bądź co bądź, powszechnie dostępne producentom nagle stały się ciekłokrystaliczną bazą o cudownych właściwościach... No ale się nie czepiam [na razie... ]
Generalnie jest fajnie i satysfakcjonująco jak na kosmetyki w cenie do 20 zł. Tak trzymać!
Z chęcią sięgnę po produkty z tej serii, jeśli tylko nadarzy się okazja
  • awatar Dark Beauty: @Borusiowa: Warto się za nimi rozejrzeć, a gama produktów jest naprawdę szeroka - od cer młodych 20+ aż do 70 :). Każdy znajdzie coś dla siebie :)
  • awatar Borusiowa: Zaciekawiłaś mnie tymi kosmetykami :-) Tym bardziej, że zbliża się Dzień Matki :-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Muszę... muszę napisać tego posta, bo inaczej nie zmobilizuję się do regularności
Zawsze obiecuję sobie, że w kolejnym miesiącu będzie lepiej, więcej i bardziej systematycznie... po czym dopada mnie leń i d**a blada mi z tego wychodzi

O ile bardzo dobrze radzę sobie z codziennym programem pielęgnacji, o tyle wszelkie dodatkowe zabiegi to dla mnie spore wyzwanie.
Postanowiłam więc usystematyzować to "na piśmie", być może stanie się to dla mnie pomocą i bodźcem do mobilizacji

Będę zatem:
- robić peeling "zwykły" raz na 10 dni
- robić peeling korundem kosmetycznym - również raz na 10 dni
- a między powyższymi zabiegami używać peelingu jabłkowego Mizon

- nakładać maseczkę z glinki raz na 5 dni
- oraz maseczkę nawilżającą/sleeping pack, również co 5 dni

W nadchodzącym miesiącu planuję skorzystać z:
- peelingu z nasion porzeczki oraz korundu kosmetycznego
- czekoladowej maseczki Zamian
- truskawkowej maseczki Baviphat [zamiast glinki]
- glinki wulkanicznej Mizon
- nawilżającej Missha Tornado Ampoule Mask - Steem Water

Trzymajcie za mnie kciuki

A jak same radzicie Sobie z regularnością takich zabiegów? Nie sprawia to Wam problemów?
 

 
Część produktów "naturalnie" się skończyła, część odstawiam z własnej woli, a części nie chce mi się bełtać i nie byłam sumienna w ich używaniu, więc tymczasowo je odstawiam... szykuje się zatem nowy program pielęgnacji. Zacieram rączki, bo będzie trochę nowości do testów i wreszcie skorzystam z zachomikowanego ślimaka. A nawet czterech ślimaków
Brzmi dziwacznie?...
Zaraz wszystko się wyjaśni...

Rano:
- oczyszczanie twarzy płynem micelarnym BeBeauty
- tonik Nantes
- Mizon, Snail Repair All in One Cream

- a do tego jeszcze ślimakowy BB Mizona, który nie załapał się na fotkę
Wieczorem:
- oczyszczanie twarzy żelem z peelingiem Ives Rocher, SeboSpecific, Nettoyant Gommant Doux
- tonik Nantes
- serum wybielające wzbogacone ekstraktem z aceroli
- pod oczy Yedam Yun Bit Snail Cream [odlewka w czarnym słoiczku]
- Mizon, Snail Recovery Gel Cream
+ Mizon, S-Venom Wrinkle Tox Cream aplikowany w newralgiczne miejsca.

Jak widzicie - cztery ślimaki. Jak w mordę strzelił
No może nie do końca, bo akurat liczę, że moja paszcza nie będzie wyglądała, jakby mi ktoś krzywdę wyrządził Wręcz przeciwnie, liczę na magiczne uzdrowienie, bo ostatnia kuracja niezbyt mi służyła.

Ciekawe ślimaczej kuracji? A może macie już doświadczenia z tymi kosmetykami? Jak wrażenia?
  • awatar Dark Beauty: @NatuŚśśś: Ale za to jak Ty dbasz o ciało! Poezja! Zazdroszczę samozaparcia :) @thesedreamss: Fajny jest, rzeczywiście, ale doszły mnie słuchy, że mają go wycofać, słyszałaś coś o tym?
  • awatar thesedreamss: uwielbiam ten płyn micelarny :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Skoro już w temacie Catrice jesteśmy ...
W drogeriach pojawiła się lub też niedługo zagości zapowiadana niedawno Candy Shock.
Tak się stało, że nie dalej jak 3 dni temu zahaczyłam o Naturę, gdzie znalazłam świeżo wystawiony stand i choć pierwotnie miałam mieszane uczucia, to pastelowość tej kolekcji tak mnie urzekła, że...
W związku z tym przygotowałam kilka swatchy

Na początek cienie - swatch w słońcu:
- i w cieniu
Od lewej: jasny beż/pomarańcz, róż, zieleń/srebro, ciemny beż/brąz

Realny poziom jasności wypiekanego różu i pudru rozświetlającego: ri.pinger.pl/pgr132/c979ec620021567151896517/Catrice+candy+shock+powder.jpg
I swatche
- światło naturalne, cień
- światło naturalne, ale mocno podciągnięte kontrasty, aby wydobyć kolor
- flash
Pierwsze wrażenia?
Zaskoczyło mnie, że wszystkie kosmetyki wypiekane są aksamitne i miękkie. Spodziewałam się raczej suchej i szorstkiej powierzchni, tymczasem spotkałam się z przyjemną, kremową konsystencją. Brakuje w nich grubych drobin [jak w cieniach z Out od Space na przykład], są drobno zmielone, niemal miałkie

Cienie w opakowaniach wyglądają uroczo, z chęcią wzięłabym wszystkie, ale... niestety kolory po aplikacji wyglądają bardzo podobnie. Nieznacznie różnią się odcieniem, ale, jak zresztą widać na swatchach, na oczach będzie to prawie niewidoczne. Zupełnie inaczej wyglądały na promocyjnych zdjęciach. Zieleń wygląda jak srebro, ładny róż z opakowania daje bardziej beżowy efekt.

Zaskoczył mnie bardzo róż z tej kolekcji. Spodziewałam się duplikatu kosmetyku z limitki Marblemania [Essence], bo na fotach promo wyglądał dość ciemno, a tymczasem okazał się o wiele bardziej jasny i pastelowy. Daje bardzo subtelny efekt, właściwie ledwo widoczny i raczej widziałabym go na bladej cerze. Na śniadej lub opalonej zniknie zupełnie, moim zdaniem.

Puder też daje bardzo delikatne wykończenie. Jest niewidoczny na twarzy, jednocześnie fajnie zmiękcza rysy i sprawia, że skóra wygląda promiennie. Taki mini photoshop

O ile cienie są mocno rozświetlające, to róż i puder, mimo iż zawierają drobinki, są niemal matowe
Dopiero flash lub bardzo mocne światło słoneczne jest w stanie je wydobyć. Nie obawiajcie się jedna efektu bombki i mega brokatu, nic z tych rzeczy. Oba kosmetyki są godne polecenia, zatem... spieszcie do drogerii
 

 
Essence poszalało [podwójnie!], ale Catrice też coś dla nas ma.
Być glamour w dżungli amazońskiej czyli Glamazona
Oto ona...

- cienie sztuk cztery, a jakże
- pomadki-kredki
- liguid gold topper czyli nie wiem co - rozświetlacz w płynie czy inny maziaj
- róże do policzków
- lakiery, lakiery, lakiery, lakiery i krokodylowy crack
Od razu w oczy wpadł mi fioletowy cień. Co poradzę, że jak sroka do błyskotek, ja lgnę do fioletów.
I czerwieni [czasami ]. Albowiem czerwień z tej limitki to drugi kolor, jakiego zapragnęłam i rada byłabym bardzo, gdybym mogła do koszyka wrzucić wszystkie trzy produkty. Pomadka, róż i lakier pięknie wyglądają na zdjęciach. Na tyle dla mnie interesująco, że przyćmiewają pozostałe produkty z kolekcji.
O dziwo, zupełnie nie pociąga mnie ciekłe złoto , a takie produkty zazwyczaj cieszą się dużym zainteresowaniem. Ale to pewnie dlatego, że mam już dwa złote rozświetlacze

Będę zatem czekać na pojawienie się tej kolekcji, by zweryfikować swój pogląd na soczystą czerwień.
A Wy na który produkt czekacie?
  • awatar beautybypatrycja: fajny ten roz po lewej:)
  • awatar Gość: mnie ciekawią te kredki do ust
  • awatar Gość: a mnie ciekawi ten róż do policzków ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
I jeszcze jedna edycja limitowana, o której wspominałam wczoraj.
Tym razem wakacyjno-podróżnicza.
Znajdziemy w niej:

- paletkę cieni
- kremowy róż, który może posłużyć też za błyszczyk/pomadkę
- cztery lakiery do paznokci
- wodę perfumowaną
- szczotkę do włosów z lusterkiem oraz bzdecik: zawieszkę do telefonu ri.pinger.pl/pgr329/6096203100018af25186b926/Essence+Girls+on+Tour+phone+charm.jpg
Z mojego punktu widzenia - co najmniej interesująca
Bardzo lubię pastele, dlatego od razu w oko wpadły mi dwa środkowe lakiery.
Moja mania na koralowe kosmetyki trwa w najlepsze, więc i różo-błyszczyk przykuł moją uwagę. Choć ta forma aplikacji nie przemawia do mnie jeśli chodzi o skórę [raczej tłusta formuła, co nie jest zbyt dobre w upalne dni], to ciekawi mnie kolor tego kosmetyku na ustach.
Paletka ładna, choć kolory nie wszystkie moje, więc pewnie się nie skuszę. Będzie dobra do lekkich, letnich makijaży.
Ciekawi również zapach, choć mój nos akurat nie ma szczęścia do kompozycji tej marki.

Podoba mi się też funkcjonalność zaproponowanych kosmetyków
Szczorka+lusterko - 2w1 Podobnie omawiany już róż z funkcją koloryzacji ust.
Paleta oznacza brak konieczności zabierania kilku pojedynczych cieni.
A rozmiar perfum - zaledwie 10ml - idealny do torebki, nie zajmie zbyt dużo miejsca w bagażu i waży naprawdę niewiele.
  • awatar allabout: Mnie zainteresowaly perfumy,bo mam i bardzo lubie :)
  • awatar MałeSzczęścia: cienie fajne, ale w moim przypadku zielenie chyba odpadają :) za to szczotka warta pokuszenia się, bo ostatnio włosy mi się plątają na wietrze za mocno...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Iiiiiiiii już jest
Kolejna limitowana edycja Essence [a nawet dwie, ale o tym jutro ].
Oddech wakacji w kolekcjach czuć już pełną parą i po Sun Kissed przyszła kolej na kolejną letnią edycję.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej

- cienie do powiek
- żelowe błyszczyki do ust
- kredki do ust
- shimmer powder - rozświetlacz? połyskliwy bronzer?
- nie mogło zabraknąć oczywiście lakierów do paznokci
Miło się patrzy na powyższą propozycję, chociaż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest w niej wiele wtórności. Łącznie z nazwą. Pamiętacie "Return to Paradise"? No właśnie...
Ale jest to wtórność, która pierwotnie [że tak to określę] całkiem mi się podobała
Cienie przyjemne [przypominają Snow Jam], oby tylko pigmentacja nie była failem jak w przypadku Fruity. Jeśli byłyby tak dobre jakościowo, jak wycofane, to zgarnęłabym komplet
Błyszczyki od razu skojarzyły mi się z nieodżałowaną Coolibri [Catrice], która do nas nie trafiła. Intryguje niebieski
Pozostałe trzy produkty... kredek nie używam, na shimmer nie wiem, czy się skuszę, a lakierów mam nadmiar, więc pewnie podziękuję... Ale, kto wie

A jakie są Wasze odczucia?
  • awatar bravelittleangel: A mnie podoba się drugi lakier :)
  • awatar jestemBasia: jakos juz nie kreca mnie te limitki :/ mam razenie ze one wszystkie takie same teraz sa :/ juz wole catrice
  • awatar Justyna :): ta nawet fajna ale druga limitka wcale nie powala :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Buduję swoją wishlistę po raz kolejny, chociaż nie powinnam , bo mimo wszystko nadmiar kosmetyków wciąż zalega w mojej tajemnej szafie...
Łotewer
Przecież rasowa kosmetykoholiczka nie może się pozbawić tej przyjemności. Chociaż tyci-tyci
W maju zaopatrzę się zatem w:
- szampon Joanna Rzepa
- płyn micelarny [być może Bielenda]

- próbki CC Creamów
- It's Skin VC Effector
Jak widzicie, starałam się nie szaleć
Same niezbędniki... no prawie
Szamponów w zapasie mam tylko dwa i chcę je przetestować razem z pasującą odżywką, a płyn micelarny właśnie mi się kończy.
Z effectorem, fakt, poszalałam, ale niewinne próbeczki CC Creamów... taki drobiazg można wybaczyć, prawda?
 

 
Kolejny mały kroczek do przodu

Niby niewiele, a jednak.

Spodziewałam się co prawda ciut więcej, bo niektóre kosmetyki są już na dobiciu i brakuje im tylko 1-2 użycia, ale mówi się trudno, zobaczycie je za miesiąc

A tymczasem z mojej kosmetyczki "wyparowały" :
- Mizon Watermax Aqua Gel
- Orientana, krem maska pod oczy z kaskarylami
- Bielenda, Ogórek i Limonka, żel myjący 3w1
- Barwa, Frutto Fresco, Balsam do ciała ver. Energia
- Green Pharmacy, wzmacniający eliksir do włosów
- chusteczki do demakijażu Alterra
- próbki żelu-zmywacza do BB Creamów Skin79
- kolejne próbki [THoW pod oczy i filtr Hera]
- zmywacz do paznokci robi sztuczny tłok na zdjęciu

Jeśli jesteście ciekawe, jak kosmetyki sprawowały się w użyciu, zapraszam do przejrzenia ostatnich wpisów, większość recenzji znajdziecie na blogu
 

 
W kwietniu skromnie, choć wciąż za dużo
- Inecto, Pure Coconut - odżywka nabłyszczająca
- My Secret, cień do powiek nr 512
- Tony Moly Lumionous Pure Aura CC Cream
- Mizon Corect Combo Cream
- Skin79 Scandal Rose BB Cream

Taaak... odżywki do włosów piętrzą się na półce [te w sprayu również] i mam kolejkę na dobrych kilka miesięcy. Ale nie powstrzymało mnie to przed zakupem kolejnej Piękny zapach i tylko5 składników!
Kolorówki też miałam nie kupować, ale mam słabość do brzoskwiniowych cieni, a do tego promocja była
Azjatycka kolorówka do twarzy... Same wiecie
Na CC skusiłam się w ramach akcji testowania kosmetyków z tego trendu, natomiast BB zachwycił mnie kolorem podczas ostatnich rozbiórek [jeden z jaśniejszych beżów z odrobiną żółtego podtonu] i musiałam spróbować na własnej skórze.

Jak widzicie, nie jest to dużo [jak na mnie ], ale i tak brakuje tu niezbędnych kosmetyków, wszystko ponadprogramowe... Ale chyba widać jakiś progres?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Makijaż inspirowany lakierem w odcieniach różu i odrobiny opalizującego fioletu, który w opakowaniu wygląda szaro.
Niestety warunki oświetleniowe nie dopisały [umiejętności też, ale to już tradycja ] i mimo kombinacji z lampą nie za bardzo widać fioletową poświatę, choć na powiekach wyglądała całkiem przyzwoicie. ri.pinger.pl/pgr71/648659e1001ee72c5180297d/ma2.jpgri.pinger.pl/pgr45/61f39a2d00070e465180298a/ma4.jpg
  • awatar Dark Beauty: @Krytyczka: @Zanus: @NatuŚśśś: Pięknie Wam dziękuję za miłe słowa :*
  • awatar Żanuś: @Zanus: bardzo ladnie* oO
  • awatar Żanuś: mmm...cuksowo :) labro ladkie...zeby mi tak kreska wychodzila ;d
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Spontaniczny zakup.
Chociaż nie do końca.
Do tego lakieru przymierzałam się kilka razy, za każdym jednak odkładałam go na półkę, tłumacząc sobie, że przecież mam inne lakiery, którymi uzyskam podobny efekt.
Ale oczywiście któregoś razu doznałam zaćmienia.
No i mam.
Zachwycił mnie przede wszystkim kolorem. Mam słabość do różu, szczególnie pastelowego, jasnego. A tutaj w buteleczce jest jeszcze dyskretny, bardzo drobny, uroczy niebiesko-fioletowy shimmer, który niejako wyróżnia ten lakier spośród tysięcy innych, jasnych róży.
Nie wiem czemu, ale byłam święcie przekonana, że będzie miał dość mocne krycie [a do tego zostawiał smugi]. Skojarzyłam go chyba z innym Wibo, gdzie nota bene kolor jest niemal identyczny. Tymczasem... zaskoczenie! Lakier jest bardzo transparentny i pierwsza warstwa jest praktycznie niewidoczna jeśli chodzi o barwę. Przy kolejnych wygląda trochę na nude.
Równie święcie przekonana byłam o tym, że pyłek będzie praktycznie niewidoczny. Wiele razy spotkałam się z tym, że w buteleczce jest wyraźny, a po pomalowaniu znika niemal zupełnie. I znowu surprise! Bo z kolorystycznego duetu to on wybija na pierwszy plan, zwłaszcza przy jednej warstwie. Optycznie nieco wybiela płytkę. Nadaje paznokciom trójwymiarowości, głębi, czego niestety nie uchwycił aparat.
Lakier jest rzadki, dobrze przylega do płytki podczas malowania. Nie zostawia smug przy pierwszej warstwie, za to może to zrobić przy drugiej , a wtedy potrzebna jest jeszcze trzecia, aby to wyrównać. Do pełnego krycia wystarcza... nie, nie wystarcza. Każda kolejna warstwa nieco wzmacnia kolor, ale nie zakrywa płytki w 100 %, widać wolny brzeg. Przy czwartej zaczynam doznawać wrażenia plastikowych paznokci, jeśli wiecie o czym mówię . Pewnie trochę inaczej byłoby z białą bazą, ale nie znalazłam póki co takiej, która nie robi smug . I jeszcze inna kwestia. O ile jedna warstwa schnie w miarę szybko i bezproblemowo, o tyle z każdą kolejną jest coraz gorzej. Lakier niestety jest bardzo miękki i łatwo go uszkodzić. Nawet kilka godzin po aplikacji. Wystarczy ostrzejsza krawędź, mocniejsze otarcie o kant i bye bye sweet manicure.
No niestety. Kolor "mój", efekt ciekawy [niestety nie oddany na fotkach], boski shimmer, ale miłości z tego nie będzie

Cena: ok 6 zł / 8 ml
  • awatar Dark Beauty: @NatuŚśśś: @NatuŚśśś: Ja lubię Wibo i serię Extreme, podobają mi się bardzo ich opakowania, natomiast same lakiery są bardzo różne, zależy od koloru :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Ostatni miesiąc upłynął mi pod znakiem CC Creamów. Pojawiły się one na mojej liście zakupowej [i już teraz Wam zdradzę, że oczywiście nakupiłam więcej, niż powinnam ], pojawiły się w formie wpisu o trendach na blogu, pojawiły się także w postaci rzeczywistej , albowiem pewna Bardzo Sympatyczna Osoba podzieliła się ze mną odlewką.

Przez ostatnie tygodnie CC Cream w miarę regularnie występował jako ostatni etap mojej porannej pielęgnacji. Dzisiaj trochę Wam o nim opowiem
*Opis producenta

Moist CC Cream zawiera EGF [Epidermal Growth Factor] oraz różnorodne ekstrakty roślinne, które efektywnie niwelują problemy skórne takie jak: poszarzała skóra, zaczerwienienie, suchość, rozszerzone pory, nadwrażliwość. Przywraca skórze wewnętrzny blask.
Podczas aplikacji kremu mogą pojawić się małe krople wody na powierzchni naskórka. Wklep je w skórę, aby dostarczyć jej wszystkich substancji odżywczych zawartych w kosmetyku.
Moist CC Cream łączy różnorakie właściwości w jednym kremie:
- ujednolicenie kolorytu
- utworzenie warstwy ochronnej przez niekorzystnymi czynnikami zewnętrznymi,
- rozjaśnienie naskórka
- nawilżenie
- ochrona przeciwsłoneczna
- regeneracja skóry
- naturalny, świeży makijaż

Odpowiedni dla każdego rodzaju skóry, również suchej i wrażliwej.

Sposób użycia:
Po wykonaniu codziennego rytuału pielęgnacyjnego nałożyć na twarz i szyję odpowiednią ilość. Wklepać delikatnie w skórę aż do kompletnego wchłonięcia. Może być używany solo jak również w roli bazy pod makijaż. Unikać kontaktu z oczami. Przerwać używanie w razie wystąpienia podrażnienia skóry.

Opakowania w ręku nie miałam, ale wygląda sympatycznie. Niebieska barwa i charakterystyczny rysunek kota przykuwają wzrok. Klasyczna tubka ze srebrna nakrętką.

Co w środku? Pierwsze wrażenie: gęsty, w konsystencji trochę jak margaryna lub krem nivea kosmetyk, który trudno nabrać z płaskiego opakowania, bo nijak nie chce "przykleić" się do palca. zazwyczaj wystarczy dotknąć opuszkiem aby nabrać podkład czy BB, a tutaj zetknięcie powoduje uślizg na boki. Jakbym dotykała sprężystej powłoki. Najwygodniej jest go chyba nabierać szpatułką, choć przy odrobinie determinacji na palce też da radę
Co dalej? Jak już uporamy się z nabraniem CC i połozymy go na skórę twarzy, czeka nas kolejna niespodzianka. Tutak krem też się ślizga, pozostawiając skoncentrowaną plamę i lekko rozmazaną otoczkę wokół niej. Aby dobrze go rozsmarować, trzeba się nieźle namachać. Kolistymi ruchami, again and again and again, aż wreszcie zbitek masy ustępuje i zaczyna na skórze zostawiać cienkie, jaśniejsze smugi. A my paćkamy dalej. Pod palcami czuć, jak krem się topi, pozostawiając wyraźne uczucie nawilżenia. Jest wyraźnie mokry. I jeszcze trochę smarujemy. Aż smugi zostają całkowicie roztarte, staną się niewidoczne i znikną całkowicie z powierzchni skóry, a krem stopi się z nią i...

Co na końcu? I stanie się jednością.

Tak to właśnie działa. Po dość żmudnej aplikacji, kiedy już wreszcie odpowiednio rozprowadzimy krem, zniknie on zupełnie tak, jakbyśmy nic nie mieli na twarzy. W przypadku iFiona Moist CC kosmetyk autentycznie niemalże się ulatnia. Nawet kolejne warstwy nie zmieniają tego stanu rzeczy, nie musimy się więc obawiać efektu maski. Jeśli przyjrzymy się dokładnie, to owszem zostawia na skórze pewien film, jednakże jest to zupełnie coś innego, niż w przypadku BB. Skóra po nałożeniu iFiony jest wyraźnie rozjaśniona. Ale nie ma w tym grama sztuczności. odcień skóry mojej twarzy jest z natury ciemniejszy od szyi. Nałożenie omawianej iFiony niweluje tę różnicę. Krem praktycznie niemal nie daje żadnego krycia i koloru, choć w opakowaniu/w postaci skoncentrowanej ma ładną barwę rozbielonej brzoskwini złamanej nutką beżu. Taki przyjemny, pastelowy, łagodny odcień. Krycia i koloru brak, choć zauważam subtelne ujednolicenie cery. Oprócz wspomnianego wcześniej rozjaśnienia uzyskujemy też przyjemną gładkość. Zauważyłam, że utrzymuje się ona także po zmyciu. Być może to zasługa nawilżenia, bo krem ów naprawdę zaskakująco dobrze nawilża. Wypełniona wodą skóra staje się jędrna, niwelując od wewnątrz mikronierówności.

Kolejna sprawa, to sztuczka, którą CC robi z porami. Magia normalnie Kilka muśnięć palcem i pory znikają jak zaczarowane. Byłam w niemałym szoku, gdy pierwszy raz zobaczyłam efekt.
Zaskoczenie za zaskoczeniem. Nie tego się spodziewałam biorąc do ręki CC Cream.

Nie wiem, czy wszystkie są takie [pewnie nie ] ale ten wywarł na mnie ogromne wrażenie i już wiem na pewno, że kupię pełen wymiar. Jeśli akurat nie będę nosiła go solo, to z całą pewnością będzie wspaniałą bazą pod BB Creamy. Wiem, bo już próbowałam tej kombinacji i to się sprawdza [acz z czasem pewnie znajdą się wyjątki, jak ze wszystkim ].

Jestem z niego bardzo zadowolona. U mnie się sprawdził i polecam. Nie jest to łatwe mazidło, nie każdy się pewnie z nim polubi, ale jeśli lubicie eksperymenty, to dla tego efektu warto.

*Skład
Water, Dimethicone, EGF, Centella Asiatica Extract, White Tea Extract, Green Tea Extract, Dipotassium Glycirrhizate, Butylene Glycol, Allantoin, Titanium Dioxide, Dimethiconol, Hydroxyethyl Urea, Parfum

Bardzo, ale to bardzo zaskoczył mnie skład [o ile to pełna informacja]. Krótki i dość mocno wypełniony dobroczynnymi substancjami. Bez zbędnych wypełniaczy, nadmiaru konserwantów, mnóstwa emulgatorów i substancji konsystencjotwótczych. Esencja.

Cena: ok. 80 zł / 40ml
  • awatar Dark Beauty: @choccolate: Ciekawe jak inne iFiony [jest ich kilka kolorów], Ta jest naprawdę obiecująca. Szkoda tylko, że wszystkie trudno dostępne :0 @~Kicia~: Można się przyzwyczaić ;) i nie trzeba uważać na smugi ;) Całość zajmuje w sumie nie więcej niż kilka minut :)
  • awatar choccolate: ładnie wygląda na twarzy i też się zaskoczyłam krótkim składem :o
  • awatar Kicia Wampirzyca: Robi wrażenie! Chociaż osobiście nie chciałoby mi się tak męczyć z aplikacją, ale efekt naprawdę super:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jakiś czas temu [całkiem spory] w moje ręce wpadło kilka próbek tego kosmetyku. Pozwoliły mi one na kilkunastokrotne użycie, toteż myślę, że mimo wszystko jestem już w stanie co nieco powiedzieć o działaniu tego... dziwnego mazidełka

*Opis producenta

Dr Jart+ All Out Black Head usuwa tzw. "czarne główki" oraz rozpuszcza zanieczyszczenia.

Pozbywa się ze skóry wągrów, oczyszcza pory z sebum jednocześnie kontrolując nadmierne wydzielanie sebum, pozostawia skórę skrzypiąco czystą. Łagodzi i koi skórę suchą, delikatną, pozostawiając ją aksamitnie gładką i miękką.

Formuła bogata w składniki regeneracyjne nawilża, uspokaja i wygładza naskórek. Odpowiednio zastosowane rozwiązania zwężają rozszerzone pory. W jedyne 10 minut!

Nałóż serum na skórę, poczekaj 10 minut i rozpocznij delikatny masaż.

Opakowanie możecie zobaczyć na poglądowym zdjęciu. Prawdopodobnie plastikowa buteleczka z dozownikiem i przezroczystą nakrętką o pojemności 100ml, utrzymana w srebrno czarnej kolorystyce.

Opakowanie możecie zobaczyć na poglądowym zdjęciu. Prawdopodobnie plastikowa buteleczka z dozownikiem i przezroczystą nakrętką o pojemności 100ml, utrzymana w srebrno czarnej kolorystyce.
A w środku... w środku siedzi dziwadełko, którym osobiście byłam bardzo zaskoczona. Spodziewałam się czegoś w stylu glinki, a tymczasem wewnątrz kryje się żelowaty olejek. Ma lekko mleczny kolor, jest półtransparentny, dość gęsty i lepki. zapach delikatny, o ile dobrze pamiętam - kojarzył mi się z cytrynami/cytrusami.

Należy nałożyć tą dziwną papkę na skórę i rozprowadzić równomiernie cienką warstwą, po czym odczekać 10 minut, aż nieco przyschnie [?] i zacząć... masować w miejscu aplikacji. Pod wpływem masażu olejek zamienia się w grudki, roluje się, przy okazji [teoretycznie] wyciągając zawartość z porów i robiąc przy tym delikatny peeling . Na koniec trzeba jeszcze przemyć skórę ciepłą wodą.

Wrażenia zaraz po samym zabiegu miałam takie, że coś rzeczywiście jest na rzeczy i działa. Chociaż nie mam może zbyt wielkiego problemu z "czarnymi główkami" czy rozszerzonymi porami, to skóra w miejscu aplikacji faktycznie wyglądała na lepiej oczyszczoną, a pory były dobrze domknięte. Do tego powierzchnia naskórka była gładka i optymalnie natłuszczona. Miałam wrażenie, że olejek faktycznie rozpuścił to, co zalegało w zagłębieniach skóry. Kropla przed aplikacją Warstwa na skórze Efekt po zastosowaniu

Jednakże... efekt po pierwsze nie był spektakularny, a po drugie - krótkotrwały. W sumie nie wytrzymywał nawet dnia.

Na dłuższą metę to zbędny gadżet, a do tego dość kosztowny.

Cena: ok 100 zł / 100ml.