• Wpisów: 1068
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis: 4 lata temu, 16:47
  • Licznik odwiedzin: 82 051 / 3168 dni
 
darkbeauty
 
... czyli o tym, czym kieruję się przy zakupie wszelkich mazideł.

Do niedawna należałam do chyba większej części społeczeństwa, która przy wyborze kosmetyku bądź to ulegała potędze reklamy, bądź też ewentualnie magii opisu, jaki na etykiecie umieścił producent. Marka, ładne opakowanie, obietnice cudu... czasem jeszcze przekonanie, że im wyższa cena tym lepsza jakość i skuteczność.
Nic bardziej mylnego :o

Niewiele osób w takich przypadkach zwraca uwagę na to, co najbardziej istotne, czyli na prawdziwą zawartośc kosmetyku, czyli... skład. To ta czarna magia, która znajduje się na opakowaniu po literach ICNI >:d
Czarna magia, której jednak można się w jakiś tam sposób nauczyć i opanować :)
I nie chodzi tu o jakieś megachemiczne wgłębianie się w jej tajniki, ale ogólnie o to, co stanowi dla organizmu wartościowy składnik, a co tak naprawdę jest mało istotne dla działania kosmetyku.

Substancje te można ogólnie podzielić na:
- składniki aktywne - na tych zależy nam najbardziej
- składniki, które ja nazywam niefachowo wspomagającymi, czyli nawilżacze, substancje natłuszczające, poprawiające kondycję skóry/włosów, etc.
- oraz cała reszta - emulgatory, rozpuszczalniki, zagęszczacze, stabilizatory, regulatory pH, konserwanty i inne takie, potrzebne dla formulacji kosmetyku, lecz niekoniecznie użyteczne dla organizmu.

Mnóstwo tego jest, więc nie będę wdawać się w szczegóły - jeśli ktoś chce zgłębić to zagadnienie, z pewnością znajdzie wiele informacji na ten temat w sieci.

Skupiając się na meritum: najważniejsze dla działania kosmetyku są składniki aktywne. I najlepiej, aby tych było w składzie jak najwięcej. Ich właśnie szukam na liście składników.

Jak rozpoznać ile ich w kosmetyku jest [oczywiście teoretycznie, bo fakty zna najczęściej jedynie producent]??? Im bliżej początku składu się znajdują, tym ich więcej.
Analogicznie - jeśli znajdują się na końcu, oznacza to, że jest ich w formulacji malutko. A im mniej danej substancji, tym mniejsze szanse na działanie, czyli korzyści które ma przynieść naszemu organizmowi.

Oczywiście jest to bardzo duże uproszczenie [zagadnienia stężeń, powiązań składników, umocowań prawnych to skomplikowana lektura opasłych tomów], ale ta zasada pozwala w dużym stopniu w miarę szybko oddzielić wartościowe produkty od bubli.
I tej zasady się trzymam, kiedy nachodzi mnie chęć zakupu :)
C.D.N.

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.